08:31 22 Styczeń 2020
Polska
Krótki link
Autor
13515
Subskrybuj nas na

Nowy rząd będzie miał dwóch ministrów spraw zagranicznych: jeden - radykalny jastrząb z chmurnym obliczem - będzie rzucony na odcinek waszyngtoński, a drugi - gołąb pokoju o anielskim spojrzeniu zawodowego biurokraty - na brukselski. Szkoda, że potencjału kadrowego partii od niedawna rządzącej zabrakło na obsługę innych regionów i kierunków.

Przed rządem Jarosława Kaczyńskiego administrowanym przez Beatę Szydło stoi w polityce zagranicznej szereg istotnych i trudnych do wykonania zadań. Trudnych tym bardziej, iż naczelną zasadą, wyartykułowaną już przed dekadą przez ówczesny rząd i prezydenta jest dążenie do zabezpieczenia bezpieczeństwa narodowego Polski przez geopolityczną pluralizację naszego regionu czyli trwałe rozcieńczenie interesów tradycyjnie obecnych tu mocarstw obecnością graczy zewnętrznych. W skrócie chodzi o poszerzenie spektrum swobody działań i wzmocnienie pozycji negocjacyjnej Polski w stosunkach z Niemcami i Rosją jednocześnie, co, zgodnie z przyjętymi przez nową ekipę aksjomatami możliwe jest wyłącznie w oparciu o pogłębienie i intensyfikację stosunków z USA.

Nowy rząd będzie więc dążył do jak najściślejszego związania interesów Waszyngtonu z naszym regionem — do czego potrzebny jest Witold Waszczykowski, jednakże pomny izolacji w jaką popadli w UE Bliźniacy w poprzednim okresie rządów, musi jednocześnie uśmierzać obawy największych krajów Wspólnoty i brukselskiej biurokracji — i tu nieodzowny jest Konrad Szymański. W polityce zagranicznej Polski, tak jak widzi ją nieoficjalny Naczelnik Państwa chodzi dziś o to, aby rozszerzyć cieniusieńki margines błędu w stosunkach z zagranicą — choć trochę przemieścić się (w ramach istniejącego porządku geopolitycznego, prawnego i instytucjonalnego, którego nie da się zmienić, a przynajmniej nie na naszą korzyść) wyżej w światowym porządku dziobania.

Waszczykowski to pełną gębą — z wykształcenia, przekonania i sympatii — człowiek Ameryki. I choć wiadomo, że interes Polski nie jest czynnikiem wpływającym na strategicznego znaczenia decyzje podejmowane w Gabinecie Owalnym, jest oczywiste, iż dla rozmów z Ameryką warto mieć człowieka budzącego za oceanem entuzjazm i zaufanie: ponieważ w istniejącym na poziomie globalnym czy europejskim układzie sił nie możemy wiele zmienić, nawet drobnostki i detale amerykańskiej polityki są dla nas istotne. Bo, nawet, jeżeli, z punktu widzenia Waszyngtonu jesteśmy w Europie Wschodniej, parafrazując Nikitę Chruszczowa, amerykańskim jeżem do wrzucania w rosyjskie spodnie, to dobrze jest mieć choć cień wpływu na to, kiedy i po co będziemy w te spodnie wrzucani. Nowy minister będzie więc starał się prowadzić wobec USA politykę aktywnego wasalizmu — czyli potakując na wszelkie inicjatywy Waszyngtonu, wprowadzić do jego działań maksymalnie dużo elementów zgodnych z polskim interesem narodowym. Waszczykowski jest z Marsa czyli taki, jak lubią Amerykanie — kategoryczny w poglądach, jednoznaczny w osądach i zdeterminowany w działaniu.

Szymański z kolei, to z punktu widzenia Kaczyńskiego „zdrowy Europejczyk", a więc taki, który doskonale, zarówno z polskiej, jak i brukselskiej perspektywy znając mechanizmy rządzące Unią Europejską, zachowuje rozsądny sceptycyzm w ocenie plusów i minusów naszego uczestnictwa we Wspólnocie. Wiedząc, że wyjście z UE nie jest w tej chwili dla Polski opcja otwartą, a jednocześnie dostrzegając, iż Unia nie jest w stanie rozwiązać naszych największych problemów (a czasem po prostu sama jest ich źródłem) będzie się starał ugrać jak najwięcej, jak najmniej przy tym tracąc. Szymański jest z Wenus i dlatego powinien być do przyjęcia dla Brukseli, stosunki z którą wymagają wielu boleśnie wysiedzianych godzin narad i konsultacji i żmudnego ucierania pozycji z zachowaniem licznych i dialektycznie zakręconych zasad politycznej europoprawności.

Kaczyński zaprzągł ich obu do wozu polskiej dyplomacji, zakładając, iż sprawne kierownictwo zwierzchnie i dobra koordynacja sprawią, iż dzielące ich różnice mogą stać się dla realizacji interesów Polski atutem. Z drugiej strony, sytuacja ta stwarza potencjalne niebezpieczeństwo popadnięcia w niezrozumiały zarówno wewnątrz kraju jak i dla zagranicy chaos i bałagan, jeżeli obaj panowie i kierowane przez nich części aparatu nie zdołają rozgraniczyć kompetencji i wyrobić sprawnych nawyków dzielenia się dostępnymi narzędziami: jest bowiem oczywiste, iż te same departamenty, palcówki i konkretni dyplomaci będą niekiedy musieli realizować sprzeczne wytyczne płynące z różnych ośrodków decyzyjnych. Jeśli ta sztuka się uda, to zorganizowana w ten sposób dyplomacja być może osiągnie założone cele i zdoła zrobić coś dobrego dla Polski. Jeżeli jednak, co biorąc pod uwagę partyjne współzawodnictwo, miałkość programową, osobiste ambicje i charakterystyczny dla polskiej dyplomacji bałagan i niekompetentność, jest więcej niż prawdopodobne, dyplomacja na dwa baty poniesie spektakularną klęskę, to stanie się ona nie tylko przyczynkiem do krytyki rządów PiS, ale także przegraną państwa jako całości i ciosem w interesy nas wszystkich.

Sprawa nie jest na razie rozstrzygnięta i na ocenę efektów janusowej dyplomacji nowego rządu należy poczekać do momentu aż wyda pierwsze owoce. Pewne jest już natomiast to, iż PiS kompletnie nie ma pomysłu (i chyba nawet woli politycznej) na rozwijanie inicjatyw na innych niż waszyngtoński i brukselski kierunkach. Wszystko wskazuje na to, iż dla stosunków z potencjalnie szalenie atrakcyjnymi partnerami — Chinami, Japonią, Turcją i przede wszystkim Rosją — kolejne cztery lata będą okresem straconych szans i stagnacji, co, pomijając interesy państwa jest niekorzystne dla pozującego na „prawdziwie patriotyczne" ugrupowania rządzącego. W przeciwieństwie do USA i UE, stosunki z którymi są zabetonowane i zmiana tego stanu rzeczy przerasta polski potencjał, w relacjach z nowymi, rosnącymi liderami, moglibyśmy ugrać wiele, zarówno gospodarczo, jak i strategicznie. Trudno bowiem nie uznać za absurd, iż w stosunkach z naszym największym wschodnim sąsiadem, który mógłby stać się dla nas źródłem tanich surowców, niezmierzonym rynkiem zbytu i pośrednikiem w relacjach z atrakcyjnymi partnerami panuje dyplomatyczna zima, gospodarczy impas i strategiczny niepokój. A fakt, iż w nowym MSZ-cie wiceministrem odpowiedzialnym za stosunki z poradzieckim Wschodem będzie kliniczny rusofob o powierzchowności stadionowego chuligana i manierach koniucha napawa obawą, iż mimo, że jest bardzo źle, naprawdę może być jeszcze gorzej.

Mistrz gatunku, Henry Kissinger, powiedział kiedyś, że jeżeli w dyplomacji nie wiesz dokąd zmierzasz, to każda droga zaprowadzi cię donikąd. Osobiście mam wielkie obawy co do kierunku, w którym potoczy się zaprzężony w dwa świeże konie wóz polskiej polityki zagranicznej. Jedyną nadzieją na uniknięcie wypadku pozostaje przekonanie, że woźnica krzepko trzyma wodze i w razie czego gotów jest strzelić z bata.

Zobacz również:

Podejrzewanemu o terroryzm Polakowi zostaną postawione zarzuty
Tusk do G20: należy skoncentrować się na walce z PI
Tagi:
polityka zagraniczna, Unia Europejska, Henry Kissinger, Konrad Szymański, Jarosław Kaczyński, Witold Waszczykowski, Beata Szydło, Niemcy, Turcja, Chiny, Europa, USA, Rosja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz