22:40 19 Wrzesień 2018
Na żywo
    Mężczyzna owinięty we flagę Ukrainy

    Ukraina nie lubi PiS-owskiej Polski. Z wzajemnością

    © REUTERS / Valentyn Ogirenko
    Polska
    Krótki link
    Anna Sokołowa
    37807

    W środę miało miejsce spotkanie Andrzeja Dudy i Petra Poroszenki. Polskie media nie podjęły jednak żadnego wysiłku, by przybliżyć nieco szczegóły wizyty. Dlaczego?

    Środowa wizyta prezydenta Dudy na Ukrainie z okazji 25-lecia uzyskania niepodległości przeszła praktycznie niezauważenie. Niektóre media zacytowały, co prawda, jakieś fragmenty wspólnej deklaracji politycznej, ale nikt nie zechciał przeprowadzić rzetelnej analizy spotkania, nikt nie opublikował co ciekawszych fotografii z konferencji prasowej, nikt nie zdecydował się ani na głośniejszą zapowiedź ani na podsumowanie spotkania Dudy i Poroszenki. Rosja nie może poszczycić się takim „przywilejem" — rosyjski wątek przewija się codziennie w polskiej przestrzeni politycznej i informacyjnej.

    Analiza JEDNEGO z wydań Gazety Wyborczej niechaj nam posłuży za potwierdzenie. Za poglądy prorosyjskie można trafić za kratkę — pozdrowienia dla Mateusza Piskorskiego! — a ukraiński wątek został zamieciony pod dywan.

    Jeszcze niedawno na łamach Gazety Wyborczej Bartosz Wieliński wyrażał oburzenie brakiem jakichkolwiek ocen tego, co dzieje się na Ukrainie na oficjalnej stronie polskiego MSZ.

    — Polityki zagranicznej nie robi się za pomocą oświadczeń. Ale ich brak, i to w sytuacji kryzysowej, oznacza brak zainteresowania. Przecież to Polska uważała się za adwokata Kijowa, a w czasie euromajdanu i rosyjskiej aneksji Krymu mobilizowała Zachód, by nie zostawiał Ukraińców na pastwę Rosji. Czyżby po zmianie rządu ten zapał osłabł?— zadaje Wieliński pytanie retoryczne.

    Wszystko wskazuje na to, że tak. Kwestia ukraińska, w odróżnieniu od rosyjskiej, przekształciła się w wyznacznik przynależności partyjnej. Jeśli rządy Platformy aktywnie popychały Ukrainę do Europy, Ukraińców, do Polski, a Polaków, do porozumienia „Mińsk-2", to Prawa i Sprawiedliwości te kwestie najwyraźniej nie interesują.

    Co do Ukrainy, to ta ochoczo przyjmuje Polaków do służby państwowej — Polaków „właściwej" orientacji. Na przykład Sławomira Nowaka, byłego ministra transportu za rządów „Platformy", który pełni funkcje szefa ukraińskiej spółki państwowej Ukravtodor. Niektórzy polscy komentatorzy potraktowali to jako „polską zemstę za Wołyń", mając na myśli reputację Nowaka w Polsce. Jednak doniesienia o nominacji byłego polityka Platformy Obywatelskiej na stanowisko państwowe na Ukrainie można rozpatrywać także w innym kontekście — kontekście stosunku nowej władzy w Kijowie do obecnego rządu i do Prawa i Sprawiedliwości w ogóle.

    — Wyraźnie otóż widać, że Kijów dystansuje się do Warszawy rządzonej przez PiS. Ma to kilka aspektów i przyczyn. Jest też widoczne przekonanie, że relatywnie najlepsza dla Ukrainy była Polska rządzona przez PO — zaznacza były prezes PAP Piotr Skwieciński w artykule „Nowak do Kijowa, czyli co z tego wynika? Wcale nie Międzymorze".

     — Dalszym ciągiem tego logicznego równania jest konstatacja, że Kijów (niezależnie od tego przez kogo byłby rządzony) nie wykona (nawet niezależnie od sprawy Wołynia) żadnego gestu wobec obecnego polskiego rządu. Natomiast zawsze chętnie zademonstruje, że tego rządu nie kocha, ceni natomiast jego poprzedników. Bo ci poprzednicy są lubiani w Berlinie — po prostu. Pesymistycznie to brzmi, ale lepiej się nie łudzić, tylko zdawać sobie sprawę z oczywistych faktów — dodaje Skwieciński.

    Wiadomo też, że ukraińskie służby specjalne aktywnie pracują, z jednej strony, nad promowaniem interesów Ukrainy poza granicami kraju i, z drugiej strony, nad dyskredytacją politycznych oponentów. Na portalu cyberguerrilla.org opublikowano raport wiceszefa Ministerstwa Obrony Narodowej Ukrainy z listopada 2015 roku, zatytułowany „O realizacji informacyjno-psychologicznych zabiegów w 2015 roku".

    Autorzy dokumentu raportują sekretarzowi Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy o działaniach nastawionych na „wyjawienie i przeciwdziałanie próbom wpływania na opinię publiczną na Ukrainie poprzez podważanie zaufania do politycznego kierownictwa kraju oraz do sił zbrojnych i przedstawicieli sił porządkowych, jakie zostały podjęte w 2015 roku". W tym celu, według raportu, przygotowano 14879 różnego rodzaju artykułów, postów, komentarzy itp.

    Fakt, że na listę politycznych oponentów Ukrainy trafiła Rosja wydaje się logiczny. Ale ciekawi fakt, że wśród tematów, których propagowaniem miały zajmować się służby w ramach raportowanych działań, wymienia się m in. "Dyskredytację premiera Węgier Viktora Orbana", "Dyskredytowanie niemieckiego ministra spraw zagranicznych Franka-Waltera Steinmeiera" a także "Kampanię dyskredytowania polskiej partii Prawo i Sprawiedliwość w przeddzień wyborów parlamentarnych 26 października 2015 roku.

    Czyli prawie 15 tys. publikacji rocznie, tj. ok. 40 artykułów dziennie.

    — Nie wiem, czy to dużo, czy mało" — mówi w wywiadzie dla Sputnik Polska Agłaja Toporowa, dziennikarka i autorka książki „Ukraina trzech rewolucji", i dodaje, że „władze ukraińskie bardzo poważnie odnoszą się do roli sieci społecznościowych w kształtowaniu opinii społecznej. Sieci społecznościowe były zawsze potężnym propagatorem idei na Ukrainie, zarówno państwowych jak i antypaństwowych w znaczeniu antyrządowych… Istnieje całe Ministerstwo Informacji dowodzone przez Jurija Stecia, pobratymca Poroszenki, i to oni z pewnością śledzą sieci społecznościowe.

    „Polska zawsze wywierała duży wpływ na Ukrainę, ale ten wpływ był raczej natury prywatnej. Oczywiście istniała kolosalna liczba polskich grantów i programów dla Ukrainy, ale była to rzecz dość zamknięta, elitarna. Ludzie woleli dostawać granty i jechać do Polski na stypendium, aniżeli opowiadać o Polsce jako o kraju. To znaczy, Polska to fajna rzecz, ale co w niej fajnego, nie do końca wiadomo" — mówi Toporowa.

    Były ambasador USA w Rosji McFaul
    © Sputnik . Evgeny Biyatov
    „Ukraina ma partnera znacznie, znacznie ważniejszego od naszego kraju. Czyli Niemcy" — pisze Skwieciński. „To niemieckie, a nie polskie pieniądze mogą, ewentualnie, uratować kijowskie finanse i w ogóle ukraińską gospodarkę. To na relacjach z Berlinem, a nie z Warszawą, bardzo zależy rządzącym Kremlem. Ukraińcy świetnie zdają sobie z tego wszystkiego sprawę. I dlatego — bardzo racjonalnie — zawsze wtedy, kiedy między Polską a Niemcami zajdzie różnica interesów czy zdań, staną po stronie Niemiec. A między PiS-owskim rządem a Berlinem istnieje oczywisty konflikt".

    — Polska pod rządami PiS-u jest w tej chwili w Europie nikomu niepotrzebna — ocenił były premier Włodzimierz Cimoszewicz w „Faktach z Zagranicy" TVN24. Przy innej polityce zagranicznej Polska „mogłaby wzmocnić swoją pozycję jako przedstawiciel Europy Środkowej" ale zdaniem Cimoszewicza jest to mało prawdopodobne.

    „Musieliby (politycy PiS — red.) zachować się sprzecznie z deklaracjami z przeszłości" — dodał były premier.

    W przeddzień uchwały sejmowej w sprawie Wołynia, Komorowski, Schetyna i Sikorski ślą List do „Braci Ukraińców". Donald Tusk wysyła sygnały z Brukseli — Ukraina jest gotowa do liberalizacji ruchu wizowego z UE…

    A Prawo i Sprawiedliwość kroczą własną drogą…

    Zobacz również:

    Polska - Ukraina: Wakacje z duchami
    Polska-Ukraina: W polityce obowiązuje realizm
    Sondaż: tylko 38% Ukraińców uważa, że Ukraina jest niezależna
    Tagi:
    raport, Platforma Obywatelska, Prawo i Sprawiedliwość, Gazeta Wyborcza, Sławomir Nowak, Mateusz Piskorski, Andrzej Duda, Petro Poroszenko, Wołyń, Rosja, Ukraina, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz