19:13 19 Wrzesień 2017
Warszawa+ 17°C
Moskwa+ 12°C
Na żywo
    Kreml, Moskwa

    Polska popycha stosunki polsko-rosyjskie ku czerwonej linii

    © Sputnik. Alexander Vilf
    Polska
    Krótki link
    612112864

    Polityka tych, którzy obecnie zajmują stanowiska kierownicze w Warszawie, przypomina fanaberie przedwojennych polskich władz, które zakończyły się nieszczęśliwie - powiedział Piotr Stiegnij, członek Rady Fundacji „Rosyjsko-Polskie Centrum Dialogu i Porozumienia".

    Piotr Stiegnij, nadzwyczajny i pełnomocny ambasador Federacji Rosyjskiej, doktor nauk historycznych, udzielił wywiadu agencji informacyjnej Sputnik.

    —  W swoich niedawnych wywiadach dla rosyjskich mediów szef MSZ Polski Witold Waszczykowski podzielił się oceną obecnej sytuacji w stosunkach polsko-rosyjskich, informując, że ich poprawy nie ma z winy Moskwy. Czy mógłby Pan skomentować tę ocenę i opowiedzieć, jak w Moskwie postrzegane są teraźniejszość i przyszłość dwustronnych rosyjsko-polskich stosunków?  

    — Już cały świat przyzwyczaił się do postawionej na głowie logiki polskich polityków. Lubią porozmawiać publicznie o konieczności odrodzenia kontaktów z Rosją, ale przy tym przemilczają, że właśnie to oni z własnej inicjatywy zakończyli dwustronny dialog polityczny z Rosją na wszystkich kierunkach po przewrocie na Ukrainie w 2014 roku, a potem wzięli na siebie niewdzięczną rolę podżegaczy, tych, którzy rozkręcają i kultywują mit o „imperialnej polityce Moskwy", prowokują przedłużanie antyrosyjskich sankcji, i to bez względu na to, jakie straty nanosi to gospodarce ich i sąsiadów w Unii Europejskiej. Ale czy ważne są interesy włoskich lub niemieckich producentów, kiedy na szali są własne polityczne ambicje i wewnątrzpartyjne rankingi?

    Z pomocą sojuszników z NATO Polacy zajmują się umocnieniem własnych wojskowych możliwości, przykrywając się absurdalnymi tezami o rzekomym „rosnącym zagrożeniu ze Wschodu". W celu usprawiedliwienia prężenia własnych wojennych muskułów w Polsce produkuje się wymysły na temat agresywnych planów Rosji, podkreśla się nasz status mocarstwa atomowego, a konkretne porozumienia polskiego resortu obronnego z Pentagonem o rozmieszczeniu amerykańskich rakiet Patriot przedstawia się jak coś niewinnego. Z kolei rozmieszczenie na terytorium Polski na początku tego roku brygady pancernej wojsk Stanów Zjednoczonych, sił amerykańskiego lotnictwa i wielozadaniowej taktycznej grupy NATO najwyraźniej powinno przekonać otoczenie o głębokim pacyfizmie władz Polski. 

    Ale o jakiej rosyjskiej agresji można mówić, jeśli to właśnie kontyngenty NATO coraz aktywniej pojawiają sie w bezpośredniej bliskości rosyjskich granic? I właśnie Polska, jedno z państw sojuszu, głośniej od innych woła o rozmieszczenie zagranicznych kontyngentów na swoim terytorium jako rzekomych „wyraźnych znaków" dla Rosji. Zatem kto komu zagraża? Obecne polskie władze celowo wprowadzają światową opinię publiczną w błąd odnośnie tego, kto w rzeczywistości naraża na szwank bezpieczeństwo i stabilność w Europie, a przy tym mówi coś o niezależnej linii politycznej Polski. Polacy rzeczywiście są dumnym i niezależnym narodem, cenili i cenią nadal swoją niepodległość, ale dlaczego polityka tych, którzy obecnie zajmują kierownicze stanowiska w Warszawie, bardziej przypomina fanaberie przedwojennych polskich władz, które zakończyły się tragicznie?

    —  W Polsce twierdzą też, że Rosja chce upolitycznić kwestie energetyczne. Co Pan by im odpowiedział? 

    — To typowe dla Warszawy zachowanie. Maniera, w której polski minister oskarża stronę rosyjską o spekulacyjne wykorzystywanie kwestii energetyki przeciwko swoim sąsiadom, jest bardzo charakterystyczna dla ogólnej linii Polski w tych kwestiach. Przypisuje się nam politycznie motywowane, nieuczciwe zachowanie, jednak z komentarza Witolda Waszczykowskiego wynika, że mowa tylko o cenie. Powstaje wrażenie, że polski gabinet de facto targuje się i nie ma nic przeciwko przedłużeniu kontraktów na dostawę gazu z Rosji po „konkurencyjnej" cenie, choć do tej pory twierdzono, że głównym priorytetem jest „bezpieczeństwo energetyczne". Wychodzi na to, że konieczność odgrodzenia się od Rosji poprzez zaprzestanie zakupów gazu może pójść w zapomnienie, jeśli Moskwa da rabat. 

    Moim zdaniem to jeszcze jeden bardzo dobitny przykład, jak Warszawa troszczy się o wspólny rynek i gospodarki sąsiednich państw, z którymi ścisły sojusz wciąż podkreśla. 

    Pod koniec swoich rozważań pan Waszczykowski ujawnia, z jaką Rosją Polacy chcieliby się kontaktować: mowa o „demokratycznym i gotowym do współpracy z Unią Europejską rządzie". Nasz obecny rząd Warszawy nie zadowala z powodu rzekomych imperialnych ambicji i braku umiejętności docenienia „uprzywilejowanych warunków", rzekomo udostępnionych nam przez świat zachodni. Silna i samodzielna Rosja polskim władzom się nie podoba. Po swojej stronie polscy działacze wad nie widzą, bez względu na jawne problemy z partnerami w Unii Europejskiej na gruncie swojej ekstrawaganckiej i niedemokratycznej pozycji, jednak gotowi są dawać rady innym. 

    Kolejny wypad Witolda Waszczykowskiego, do którego my się już przyzwyczailiśmy, to nic innego niż nieumiejętna próba usprawiedliwienia dyletanckiej polityki Warszawy na kierunku rosyjskim. Prześlizgujące się w polskim MSZ logiczne błędy i interes własny powinny być ostrzeżeniem dla sojuszników Polski, która narzuca im własną „ekspertyzę" w ramach tzw. wschodniej polityki Unii Europejskiej. 

    —  Szef polskiego MSZ wyraził zdanie, że Rada Bezpieczeństwa ONZ pozostaje niemalże ostatnią platformą dialogu polsko-rosyjskiego. A przecież była Grupa ds. Trudnych i inne mechanizmy komunikacji. Czy jest szansa, i co ważniejsze, czy jest sens, reaktywować jakieś formaty w obecnych warunkach?

    — W Warszawie w ostatnim czasie lubi się zrzucać odpowiedzialność i skarżyć się na brak porozumienia z winy innych. Powtarzam, to nie Rosja zredukowała do zera główne formaty dialogowe z Polską. I w celu wznowienia poważnego dialogu na jakiejkolwiek platformie potrzebna jest konstruktywna agenda, dobra wola, a także zasadnicza zmiana retoryki naszych polskich kolegów. Nic podobnego z wywiadu Waszczykowskiego, jak i z ostatnich oświadczeń polskich polityków nie wynika. Wszystko, co widzimy i słyszymy, pokazuje coś odwrotnego: chęć, by jeszcze bardziej pogłębić przepaść między Moskwą i Warszawą, wyciągając z tego krótkotrwałe korzyści polityczne i nie martwiąc się o przyszłość. 

    W tych warunkach, jak mi się wydaje, Rosja nie widzi sensu reanimacji formatów dwustronnych. W tym sensie to odnosi się do Grupy ds. Trudnych, wynikających z historii stosunków rosyjsko-polskich, której pracę rzekomo chcą wznowić Polacy. Niby-dialog, w którym strona polska będzie posługiwać sie obraźliwą retoryką pod adresem Rosji, nas nie urządza, ponieważ tylko spotęguje nienormalny i nie do przyjęcia stan rosyjsko-polskich stosunków. 

    Jeśli Polska gotowa jest współpracować w ramach Rady Bezpieczeństwa ONZ, to niech to udowodni. Rada Bezpieczeństwa jest dobrą platformą dyskusyjną, na której często  ujawniają się prawdziwe zamiary państw członkowskich. 

    —  Czy zgadza się Pan z ocenami Witolda Waszczykowskiego odnośnie ukraińskich realiów? 

    — Oto jeszcze jeden przykład tego, z jakim „bagażem" polska władza proponuje nam uporządkować stosunki dwustronne. W Warszawie przewrót państwowy na Ukrainie, na przekór temu, co oczywiste, rozpatruje się jako „rosyjsko-ukraiński konflikt, zainicjowany przez Rosję". Pod naszym adresem ze strony Polaków płyną gołosłowne oskarżenia o agresywne popieranie separatyzmu w Donbasie, wprowadzenie wojsk i nielegalne dostawy broni. Minister Waszczykowski domaga się od Rosji, na równi z Kijowem, aby realizować porozumienia mińskie, choć nie może nie wiedzieć o tym, że Moskwa nie jest stroną konfliktu, a tylko próbuje go uregulować. 

    Parada z okazji Dnia Niepodległości Ukrainy
    © Sputnik. Ukrainian Presidential Press Service
    W celu zrealizowania nieudanego projektu majdanowego w Warszawie gotowi są pogodzić się nawet z banderowskimi ciągotami kijowskich władz, które w latach wojny wiele kosztowały naród polski i inne narody, i które usprawiedliwiają ekscesy ukraińskiego nacjonalizmu „poszukiwaniem historycznej tożsamości". Polskie władze w celu „przyjaźni przeciw Rosji" cynicznie przymykają oczy na heroizację na Ukrainie nacjonalistów z OUN-UPA, co z historycznego i ludzkiego punktu widzenia nie daje się wytłumaczyć. 

    Powiem ostro, ale muszę to powiedzieć. Zupełnie jasne, że w ramach przeprowadzanej w Polsce polityki lustracji podjęto decyzję wykorzenienia na polskiej ziemi wszelkiej pamięci o żołnierzach radzieckich, którzy wyzwolili ją od faszyzmu. W tej chwili burzą pomniki, potem będą wyrzucać kości. To jest poza granicami rozumu, poza granicami człowieczeństwa. A co dalej? Może obecni politycy dojdą w swoim poparciu kijowskich władz do tego, że zaczną uważać działania banderowców-morderców za słuszne? Może powiedzą, że zabijali oni nieprawdziwych Polaków. Moim zdaniem mało do tego brakuje. 

    —  Skoro zaczął już Pan o historii… Polska administracja przyjęła odpowiednią ustawę o oczyszczeniu terytorium z radzieckich pomników, postawionych ku czci czerwonoarmistów, którzy przelali krew za Polskę, które, ich zdaniem, nie mają charakteru memorialnego, a tylko upamiętniają dziedzictwo komunistyczne. Czy ta „historyczna polityka" nie oznacza, Pana zdaniem, rewizji II wś, jej przyczyn i lekcji z niej wyciągniętej? 

    — Minister Waszczykowski w swoim wywiadzie po raz kolejny potwierdził, że dla politycznych korzyści w Warszawie gotowi są zapomnieć o zdrowym rozsądku i elementarnej przyzwoitości. W Polsce na razie twierdzi się, że nie rusza się mogił naszych żołnierzy, choć troska o cmentarze to nie zasługa, a obowiązek. I jak już powiedziałem, to dopiero początek. Jednocześnie polują na pomniki wdzięczności Armii Czerwonej, mieszczące się poza cmentarzami, zalegalizowali ich wyburzenie, jakby dziedzictwo historyczne można było podzielić na wygodne i niewygodne. Bez względu na nasze sygnały i ostrzeżenia, że dochodzi do przepisywania historii obrażającego Rosję i jej naród, a także i samych Polaków, weteranów, z których wielu nie tylko nie chce burzyć radzieckich pomników w swoich miastach, ale sami się o nie troszczą. 

    Jednak ideologiczna walka z radzieckim dziedzictwem i „zrewidowanie" wkładu Armii Czerwonej w ogólne zwycięstwo nad faszyzmem nabrały w Warszawie zaiste porażających rozmiarów i stały się już niemal generalną linią polskich władz, jeszcze jednym, jak im się zdaje, „wygranym" dla sondaży partii tematem publicznej retoryki. Ile warta jest sama tylko decyzja niedopuszczenia Rosji do pełnego udziału w stworzeniu nowego Muzeum — Miejsca Pamięci na terytorium byłego nazistowskiego obozu śmierci w Sobiborze. I nie potrzeba wymówek, że niby komitet międzynarodowy, decyzja przyjęta została przez wszystkich uczestników, bo tu wszystko jest jasne. Premier Izraela Beniamin Netaniahu na niedawnym spotkaniu z Władimirem Putinem podkreślił, że Izrael, w którym pamięta się, że na czele powstania w Sobiborze stanął radziecki oficer Pieczerskij, nie może występować przeciwko udziałowi Rosji w tym memorialnym projekcie. 

    Rosja zamierza nalegać na dołączenie do tego międzynarodowego projektu. Ma do tego pełne historyczne prawo. I raczej nikt nie będzie temu zaprzeczać. 

    Korzystając z okazji, chcę powiedzieć wprost, że liczymy na poparcie w tej kwestii żydowskich, w tym i dużych międzynarodowych antyfaszystowskich organizacji. 

    —  Jeszcze jeden bolesny temat w stosunkach dwustronnych to tragedia smoleńska z 2010 roku. Obecne polskie władze nie zgadzają się z wynikami śledztwa własnej komisji. Nawet stworzyli nową do ponownego śledztwa. Jak Pan uważa, czy Warszawa rzeczywiście próbuje wyjaśnić jakieś nowe szczegóły katastrofy? Czy może to po prostu sposób na podwyższenie swojego rankingu?

    — Obecny polski rząd rzeczywiście z uporem godnym lepszej sprawy rozgrywa kartę tragedii smoleńskiej. Katastrofa pod Smoleńskiem, bez wątpienia, jest instrumentem wewnątrzpolitycznej walki w Polsce, powodem do dodatkowej dyskredytacji opozycji rządzącej przez partię rządzącą. Jednocześnie do tych rozgrywek politycznych włącza się i Rosję. 

    Sobibór
    © AFP 2017/ Janek Skarzynski
    Już od ponad roku światu obiecuje się jakieś nowe „szokujące i nie do obalenia" dowody, ale nic się nie przedstawia… Próbują znaleźć choć cokolwiek, za co można się złapać, ale się nie udaje. Najwyraźniej nowa komisja nie ma na celu ponownego wyjaśnienia przyczyn tragedii, cały świat wie, że zostały już one wyjaśnione przez profesjonalistów z MAK, a także przez polskich ekspertów w 2011 roku. Uważam, że bardziej otwartego śledztwa przyczyn tej potwornej katastrofy, bardziej otwartej pozycji Rosji w stosunku do polskich przedstawicieli, którzy brali wówczas udział w śledztwie, nie można sobie wyobrazić. 

    Pora by już polskim politykom przestać spekulować na tak bolesny dla polskiego społeczeństwa temat. 

    —  Pana oceny wyrażone w trakcie wywiadu są bardzo surowe. Jest Pan obrażony na Polskę? 

    — Ależ skąd, jaka znów obraza, mam mnóstwo dobrych przyjaciół w Polsce, ogromnie szanuję Polaków, znam trudną historię tego kraju i jego narodu, który potrafił się utrzymać we wszystkich historycznych perypetiach. Po prostu uważam, że zarówno pan minister, jak i wielu jego obecnych pracowników, zachowują się krótkowzrocznie, doprowadzając dwustronne stosunki naszych państw do niebezpiecznej krawędzi. Pora się zatrzymać.

    Zobacz również:

    Netanjahu określił pozycję Izraela ws. Sobiboru
    Niech się Polacy nie boją
    Netanjahu wyjaśnił, po co spotkał się z Putinem
    Tagi:
    stosunki polsko-rosyjskie, wywiad, Piotr Stiegnij, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz