04:46 17 Październik 2018
Na żywo
    Związek zawodowy Solidarność

    PiS oszukało wnuka Anny Walentynowicz

    © AFP 2018 / Janek Skarzynski
    Polska
    Krótki link
    Tomasz Dudek
    8363

    Piotr Walentynowicz, wnuk legendarnej działaczki „Solidarności” czuje się zrobiony w konia przez partię rządzącą. Ma żal o to, że PiS… „znalazło pracę wszystkim, tylko nie jemu”! Faktycznie, oburzające.

    Taki był lojalny — a partia nie dość, że nie chce go na listach wyborczych, to jeszcze była tak bezczelna, że w 2016 roku dała mu posadę w państwowej spółce w stolicy — a tam trzeba przecież dojeżdżać.

    — Musiałem wyjechać do pracy do Warszawy. Bo na miejscu znalazła się praca dla wszystkich, tylko nie dla mnie! — skarży się mediom Piotr Walentynowicz, radny miejski w Gdańsku z ramienia PiS, wnuk legendarnej działaczki wynoszonej dziś na sztandary przez partię Kaczyńskiego. Walentynowicz uważa, że lokalne struktury PiS go ignorują, a Janusz Śniadek daje mu do zrozumienia, że nie chce już jego nazwiska na lokalnych listach wyborczych. A kadencja w Radzie Miasta za chwilę się skończy.

    — Zgłosiłem chęć kandydowania, Janusz Śniadek o tym wie od dawna, ale ostatnie ustalenia były podjęte w zeszłym roku, a teraz on mnie unika. Wymijaliśmy się dzisiaj przy okazji udzielania wywiadów, nie przywitał się nawet i uciekł — powiedział oburzony działacz PiS w rozmowie z „Gazetą Wyborczą".

    Szczepienie
    © AP Photo / Achmad Ibrahim
    Zresztą wnuk Anny Walentynowicz ma dawny żal do Śniadka — twierdzi, że gdyby nie on, byłby już posłem. W 2015 roku obiecano mu 7. miejsce na liście, a dostał 16.

    — Janusz Śniadek otacza się ludźmi usłużnymi, a jak ktoś ma własne zdanie, to się go marginalizuje. Raz już mnie oszukał. W ostatnich wyborach zapewniał mnie, że na liście do Sejmu będę miał siódme miejsce, po czym zepchnęli mnie na 16. Przełknąłem tę pigułkę — powiedział z kolei „Faktowi".

    Musiał poprzestać na mandacie radnego i posadzie w warszawskiej spółce Radwar, należącej do Polskiej grupy Zbrojeniowej. Wirtualna Polska ustaliła, że „pokrzywdzony" działacz, który wolałby „pracę na miejscu", w państwowej spółce w stolicy zarabiał około 7 tysięcy miesięcznie, jednocześnie biorąc wynagrodzenie radnego (łącznie wyszło 24 tysiące złotych).

    Migranci we Włoszech
    © AFP 2018 / VALERY HACHE
    Widocznie jednak gdański aktywista PiS przyzwyczajony jest do obracania większymi sumami pieniędzy. W ubiegłym roku dostał zadośćuczynienie za śmierć babci w katastrofie smoleńskiej. Otrzymał 250 tys. zł. Kiedy dziennikarze wytknęli mu, że nie uwzględnił ich w oświadczeniu majątkowym, Walentynowicz oburzył się: „To moja sprawa jak wydaję prywatne pieniądze!".

    Walentynowicz należy do „drużyny Macierewicza". Pracę w spółce zbrojeniowej dostał między innymi dzięki wsparciu byłego szefa ministerstwa obrony. Gorąco wspierał jego pracę w podkomisji smoleńskiej i został nagrodzony za lojalność.

    Prezydent Polski Andrzej Duda
    © REUTERS / Stefan Wermuth
    Wcześniej nie był szczególnie zaangażowany w politykę. Zarabiał na życie jako trójmiejski taksówkarz. Zresztą samochód, który stanowił jego źródło utrzymania, miał kupić dzięki pomocy finansowej nieżyjącej babci.

    Walentynowicz twierdzi, że „radnym miejskim jest bardzo trudno znaleźć pracę, bo ciężko ich zwolnić, a pracodawcy takich osób nie potrzebują", a poza tym „kursowanie między Gdańskiem a Warszawą jest uciążliwe".

    Aż strach pomyśleć, jak wielkie poświęcenie muszą wykazywać europarlamentarzyści, którzy krążą między Polską a Brukselą…

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Czarny kot, czterolistna koniczyna. Polacy wierzą w przesądy
    „To Ameryka Trumpa jest głównym wrogiem Europy”
    Skwar, kurz, pot. Polak o maratonie wokół rosyjskiego jeziora Elton
    Tagi:
    Solidarność, Prawo i Sprawiedliwość, Antoni Macierewicz, Piotr Walentynowicz, Anna Walentynowicz, Gdańsk, Warszawa, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz