Widgets Magazine
06:26 24 Sierpień 2019
Wybory w Polsce

Wybory do UE. Jedynki w Warszawie, czyli czy warto iść na wybory?

© REUTERS / Kacper Pempel
Polska
Krótki link
Jarosław Augustyniak
8278

Już niedługo wybory do Europarlamentu. Nie są to wybory, które cieszą się u nas zbyt dużym zainteresowaniem, a więc i frekwencją. Najważniejszym powodem tego faktu nie jest to, że Polacy mało wiedzą o Europarlamencie, jak mówią nieraz komentatorzy, ale fakt, że właśnie wiedzą, że poseł Europarlamentu to człowiek, który nic nie może.

Wszyscy dobrze wiedzą, że naprawdę ważnym organem Unii to jest Komisja Europejska, a ta nie pochodzi z naszego wyboru i nie mamy na nią żadnego wpływu. Powszechnie uważa się, że poseł Europarlamentu to człowiek, który zarabia dużo pieniędzy, a jedynym jego zajęciem w Brukseli jest lobbing w Komisji Europejskiej na rzecz biznesu i wielkich korporacji, który pozwala im jeszcze więcej zarabiać. To dlatego się tymi wyborami nie interesujemy. Dla nas, dla naszego życia tu w kraju, ten, kto zarabia w Brukseli ciężkie pieniądze, nie ma prawie żadnego znaczenia.

Jednak te wybory, zwłaszcza gdy odbywają się w tym samym roku co nasze wybory parlamentarne, to taki test dla partii politycznych, przed tymi wyborami ważnymi.

Patrząc w ten sposób na wybory do UE, każda z partii stara się sama siebie najlepiej zaprezentować, licząc, że dobry wynik w maju przełoży się na dobry wynik na jesieni. Takim najbardziej prestiżowym miejscem spośród 13 okręgów wyborczych jest dla wszystkich oczywiście Warszawa. Przyjrzyjmy się więc temu, na co stać wszystkie partie, przyglądając się „najlepszym z najlepszych”, jakich wystawiły one w stolicy.

Włodzimierz Cimoszewicz – człowiek z Puszczy Białowieskiej

Były kandydat na prezydenta w 1991 roku, potem premier za rządów SLD-PSL, przez większość zapamiętany za słowa o tym, że ofiary powodzi tysiąclecia powinny się były ubezpieczyć i są sobie same winne. Pamiętany jest także za to, że już w pierwszej turze wyborów prezydenckich w 2010 roku poparł Bronisława Komorowskiego, za co został wyrzucony z SLD.

Jego syn, Tomasz, w roku 2015 został posłem z listy Platformy Obywatelskiej, do której i jemu najbliżej. Otwiera on listę Koalicji Europejskiej w Warszawie jako… człowiek związany z SLD, choć z tym SLD związany nie jest wcale. Zwykli członkowie SLD zwyczajnie go nie znoszą. Jego kandydatura jest efektem umowy koalicyjnej SLD z PO, którego i bez tej umowy, jako swego człowieka, PO i tak, by pewnie w wyborach wystawiło, bo stawia na byłych premierów.

W tym roku było o nim głośno dwa razy. Pierwszy raz, gdy w prasie pojawiła się informacja, że po dwudziestu latach wynajmu leśniczówki od Lasów Państwowych oddał ją zagrzybioną: drzwi i okna pozbawił framug, a gniazdka elektryczne powyrywał ze ścian. Dosłownie kilka dni temu mogliśmy przeczytać, że potrącił samochodem jakąś kobietę, która przechodziła przez przejście dla pieszych.

Z jego nazwiskiem wiąże się pewien fenomen, który od lat pielęgnują media. Nie bardzo wiadomo, na czym on polega, bo trudno przypisać mu jakieś dokonania, albo przypomnieć sobie, by powiedział coś mądrego. Gdy popierał Komorowskiego przeciw Napieralskiemu, w czasie gdy zdawało się, że SLD podejmuje znów próbę, by być lewicą, tłumaczył to tym, że nie ma on szans, a trzeba powstrzymać Kaczyńskiego.

Protesty rolników w Warszawie przeciwko zakazowi eksportu owoców i warzyw do Rosji
© Sputnik . Filip Klimaszewski
Tak naprawdę chodziło o coś innego. Cimoszewicz jeszcze przed katastrofą smoleńską mocno krytykował ówczesnego szefa SLD, za „anachroniczną lewicowość” i „zacofane myślenie”. Chciał pchać wtedy SLD w kierunku centrum liberalno-demokratycznego, bo postulaty socjalne, nawet tylko te socjaldemokratyczne, nie miały już rzekomo znaczenia, ponieważ w czasach rządów PO zaczęło się „żyć lepiej wszystkim”? Teraz ma być „lewą nogą” Koalicji Europejskiej?

Jacek Saryusz-Wolski – obrotowy polityk

Od początku swojej kariery politycznej kojarzyliśmy go z Platformą Obywatelską. Do niedawna zajmował w niej wysokie stanowiska. Podobnie jak Cimoszewicz przypisuje sobie zasługę, że wprowadził nas do Unii Europejskiej. Jest etatowym posłem wszystkich dotychczasowych kadencji Parlamentu Europejskiego.

Po przegranej PO w ostatnich wyborach parlamentarnych zwątpił w swoją partię, dał się wystawić PiS-owi jako kontrkandydat Tuska w wyborach przewodniczącego Rady Europejskiej. Przegrał z Tuskiem stosunkiem głosów 27:1, bo zagłosował na niego tylko PiS. Nawet Węgry go nie poparły. Wyrzucono go za to z PO, ale przyjęto w szeregi PiS i dano mu biorącą jedynkę w Warszawie. Chyba się opłaciło, bo kolejną kadencję i uposażenie posła PE ma już w kieszeni.

Jak każdy neofita, jest teraz głównym krytykiem Donalda Tuska, o którym na antenie TVP-Info, gdy ten poparł wprowadzenie wobec Polski unijnej procedury art. 7, powiedział – „co za szmata”. A dokładniej to nie tyle, że tak powiedział wprost na antenie, ale powiedział, że tak wtedy o Tusku pomyślał. Takich osób jak Saryusz-Wolski jest w naszej polityce oczywiście więcej.

Robert Biedroń – dużo obiecuje, nic nie realizuje

Prezydent Słupska Robert Biedroń
© AP Photo / Alik Keplicz
To następny fenomen polskiej polityki. Przez całe lata istniał na obrzeżach tej polityki. Wtajemniczonym znany był z tego, że jest aktywistą ruchów LGBT. Należał przez długi czas do SLD. Z jego ramienia bezskutecznie próbował się dostać wyborach samorządowych do Rady Warszawy, a później również do Sejmu.

W 2011 roku miał ponownie startować z listy SLD do Sejmu, ale kupił go Palikot, oferując mu jedynkę w Gdyni, a SLD jedynki mu nie oferowało. I to była dobra decyzja, bo tym razem do Sejmu się dostał. Po jednej kadencji w 2014 roku, gdy stał się już szerzej znany opinii publicznej, będąc pierwszym gejem RP, w wyborach samorządowych wystartował znów na Pomorzu i tym razem został prezydentem Słupska.

Co prawda w czasie swojej prezydentury nie zrealizował żadnej z obietnic wyborczych, ale polubiły go opozycyjne media, które co jakiś czas pytały – co zrobi Biedroń? Jakby to kogoś obchodziło. Czy może wystartuje na prezydenta Polski, czy może założy partię?

Podgrzewana przez media i sponsorów popularność Biedronia skłoniła go do założenia własnej partii. Po początkowo dosyć wysokim poparciu dla jego „Wiosny” to zaczęło ostatnio spadać, a o Biedroniu ucichło.

W PE chce walczyć o wspólny paszport dla wszystkich Europejczyków, czym można zaszachować Amerykanów, którzy ciągle swojemu sojusznikowi nie chcą znieść wiz, a polski paszport traktują jak „paszport Polsatu”. Odnawialne źródła energii i zwalczanie górnictwa, oraz o wspólny europejski program walki z rakiem.

Stanisław Tyszka – szara eminencja

Liberał z krwi i kości. Zaczynał swoja karierę polityczną w „Polsce Razem” Jarosława Gowina. W Sejmie znalazł się z listy Kukiz’15. Jeden z lepiej wykształconych ludzi w tej partii. Zwłaszcza, gdy porównać go z samym Kukizem czy Liroyem Marcem.

Reżyser i publicysta Grzegorz Braun
© Zdjęcie : Grzegorz Braun
Uchodzi za szarą eminencję Kukiz’15. To on pisał program tej partii. Chciałby zlikwidować ZUS, ale chyba nie po to do Europarlamentu chce się dostać. Dużo, tak jak i jego partia, mówi o wprowadzeniu demokracji, której w Polsce realnie nie ma i o wprowadzeniu do Europy elementów demokracji bezpośredniej. Często wspomina o walce z korupcją, więc można odnieść wrażenie, że ubiega się o mandat Rady Najwyższej w Kijowie. Ale chyba raczej nie, bo nie przepada za Ukraińcami, a zwłaszcza za ukraińskimi lekarzami, których jak to powiedział ostatnio – zatrudnia się w Polsce, a „przez to umierają ludzie”.

Adrian Zandberg – ten, co razem, a nawet osobno

Najbardziej rozpoznawalna twarz partii „Razem”. Ten, który słowu „razem”, czyli osobno, nadał inne, nowe ciekawe znaczenie. Jego przeciwnicy od początku próbowali zrobić z niego komunistę. Trudno go jednak o to posądzić, bo w wielu lewicowych kręgach jego partię określa się wręcz NATO–lewicą. Dosyć głośno było swego czasu o tym jak wyrzucił ze swojej partii człowieka, gdy ten przyznał się, że ma komunistyczne poglądy.

Swoją polityczną karierę zaczynał w Unii Pracy, potem przewodniczył stowarzyszeniu Młodzi Socjaliści, finansowanemu przez niemieckie fundacje. W 2015 roku, przy przychylnym wsparciu Gazety Wyborczej, dopiero co powstała partia, przekroczyła w wyborach próg finansowania dla partii politycznych. Na prawicy mają go za komunistę, na lewicy za liberała reprezentującego interesy młodej klasy średniej z wielkich miast. Po blisko czterech latach od ostatnich wyborów jego partia balansuje na granicy błędu statystycznego.

Polscy kibice, Warszawa
© Sputnik . Władimir Piesnia
W nadchodzących wyborach nie potrafił się z nikim dogadać i zaproponował innym planktonowym partiom wspólny start w eurowyborach. Także z ludźmi, z którymi wcześniej nie chciał współpracować, bo w jego partii obowiązywał ejdżyzm i ze „starszymi” nie rozmawiali. Teraz, zmuszeni przez niewdzięczne społeczeństwo, w którym stracili już swe niskie poparcie, zaczęli rozmawiać.

Zandberg przypomniał sobie o proletariacie i jego problemach, i nawet 1 Maja uczcił Święto Pracy w Łodzi. Gdy w oczy zajrzało widmo końca finansowania z budżetu, nawet „komunistyczne złogi”, czyli ludzie, o których tak kiedyś mówił, przestali mu przeszkadzać. Zandberg polubił proletariat.

Czy 26 maja proletariat polubi Zandberga? W programie ma nawet sensowne rzeczy, jak choćby wspólna europejska płaca minimalna. Problem czy jest w tym wiarygodny?

Krzysztof Bosak

Karierę polityczną zaczął w Młodzieży Wszechpolskiej. Potem wstąpił do LPR, był asystentem Romana Giertycha. Z ramienia tej partii dostał się do Sejmu po wyborach z 2005 roku. Obecnie jeden z liderów Ruchu Narodowego. W wyborach do Europarlamentu startuje z komitetu „Konfederacja KORWiN Braun Liroy Narodowcy”.

Konfederacja jest tyglem narodowców, eurosceptyków, ortodoksyjnych wolnorynkowców, przeciwników jakichkolwiek regulacji gospodarczych, radykalnych przeciwników aborcji, a także antysystemowców takich jak raper Piotr Liroy-Marzec.

1 maja Konfederacja zorganizowała w Warszawie, w rocznicę wejścia Polski w skład Unii Europejskiej, antyunijną demonstrację, na której wznoszono hasła: „raz sierpem, raz młotem, unijną hołotę” czy „precz z Unią Europejską”.

Wydawałoby się, że przy takich hasłach start w wyborach do PE jest jakimś ich zaprzeczeniem. No chyba że chodzi o to, że Bosak i inni kandydaci z tego komitetu to takie współczesne Wallenrody, którzy chcą wejść do Unii po to, by ją rozwalić od środka? Problem w tym, że ich zwolennicy to w większości elektorat o poglądach antyunijnych i na Bosaka wielu z nich nie zagłosuje, bo na te wybory po prostu nie pójdzie. Bosak do Parlamentu UE chce się dostać, by powstrzymać dalszą głębszą integrację Unii Europejskiej.

No taki mamy wybór.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Timmermans woli Biedronia?
Mroczna przeszłość Roberta Biedronia
Unia Europejska - Polska: Kto komu jest bardziej potrzebny?
Together for Europe: 15 lat Polski w Unii Europejskiej
Wielka Polska Katolicka nie chce być w Unii Europejskiej? (wideo)
Tagi:
SLD, PiS, PO, polityka, Europarlament, wybory, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz