01:26 10 Grudzień 2019
Flaga Izraela

Wojna polsko-izraelska pod flagą w pasy i gwiazdki

© CC0 / Pixabay
Polska
Krótki link
Autor
122833
Subskrybuj nas na

„Nie rozumiemy, że to wojna, nie widzimy, że używane są  w niej różne rodzaje broni, wśród których Just 447 jest tylko jedną z wielu” - dowodzi Rafał Ziemkiewicz w najnowszym „Do Rzeczy”. Wygląda na to, że Izrael zajął szlachetne pierwsze miejsce pośród wrogów Polski i polskości, wyprzedzając nawet osławione kondominium rosyjsko-niemieckie.

Okładka najnowszego wydania „Do Rzeczy” stanowi kontynuację tej z lutego 2019 (na białym tle Morawiecki i Netanjahu, podpis „Izrael rozpoczął zimną wojnę z Polską”). Tym razem widzimy ich na tle niebieskim, podpis zaś głosi „Izrael kontra Polska – WOJNA HYBRYDOWA”. Oba podpisy wzięte są – powiedzmy to sobie szczerze - z kosmosu. Konflikt, który ma miejsce, bo ewidentnie ma – nie wypełnia ani definicji „zimnej wojny” (sankcje i złośliwości gospodarcze, zamrożenie dyplomacji), ani też wojny hybrydowej (zohydzanie innego państwa poprzez cyberdziałalność, akty terroryzmu). Nic takiego nie ma miejsca.

Oprawa graficzna tekstu Rafała Ziemkiewicza nie pozostawia wątpliwości. „To jest wojna” - ten wielki tytuł opatrzony barwami narodowymi obydwu krajów ma nas postawić do pionu i gotowości bojowej. Cóż w samym tekście?

Ziemkiewicz krytykuje zbyt jego zdaniem ustępliwą postawę PiS wobec izraelskich żądań dotyczących mienia bezspadkowego, i jak w masło wchodzi w narrację drugiej strony, mieszającą katów i ofiary, sięgającą do lat II wojny i przypisującej wszystkim, którzy w jakiś sposób wzbogacili się na żydowskich majątkach, winy porównywalne do nazistowskich. Ziemkiewicz odpowiada na te absurdalne zarzuty w równie absurdalnym duchu: pisząc o tym, że drzwi do żydowskich żądań otworzyły „niemądre przeprosiny prezydenta Kwaśniewskiego za Jedwabne”, a późniejsze pojawienie się publikacji spod znaku J. T. Grossa było ich naturalną implikacją. Absurd goni absurd. Jeśli chcemy wyjść z ramy narracyjnej, którą nam narzucono, należy z niej po prostu wyjść, a nie grać na mocniejszy atak.

Bo na przykład 13 maja, również w „Do Rzeczy”, mecenas Lech Obara wypowiedział się kategorycznie i merytorycznie o sprawie ustawy Just 447: „Przede wszystkim pamiętajmy, że Polskę chroni tzw. immunitet państwa. To zasada w prawie międzynarodowym mówiąca, że żaden kraj nie może wykonywać jurysdykcji wobec drugiego. Kolejna rzecz to majątek bezspadkowy, który zgodnie z prawem przechodzi na gminę bądź skarb państwa. Uchwała 447 nie ma mocy prawnej, żeby zobowiązywać Polskę do czegokolwiek, nie jest traktatem międzynarodowym. Pamiętajmy też o umowie indeminizacyjnej z 1960 r., zawartej między rządem PRL a rządem USA, która uregulowała kwestie roszczeń amerykańskich obywateli względem Polski. Nie jest jednak pewne, czy umowa ta dotyczy wyłącznie obywateli USA (lub ich spadkobierców), którzy byli obywatelami USA w chwili podpisania umowy, czy też również dzisiejszych obywateli USA”.

W tym kontekście tekst Rafała Ziemkiewicza zdaje się po prostu biciem piany. Autor ma jednak wiele spostrzeżeń słusznych (widzi naiwność Polaków między innymi w kwestii Fort Trump i słusznie wywodzi, że jego budowa oraz dalsze inwestycje Amerykanów w Polsce są niepewne i zależne od wielu, wielu czynników, nie tylko sympatii i sentymentu, niekoniecznie więc ślepe zgadzanie się na izraelski dyskurs te plany pogrzebie, powiązanie tych spraw zdaje się nikłe). Autor stoi na straży wyrażania sprzeciwu głośno i wyraźnie, jak czyni to Konfederacja – i sugeruje, że PiS powinien raczej bić w bęben niż uciszać bijących. Tu oczywiście o strategii rozstrzygają subtelne prognozy wyborczych PR-owców.

Ziemkiewicz zwraca uwagę na jedną szczególną rzecz – i w zasadzie pisze o tym jako jedyny: w narracji, jak to określa, „pisowskiego hardkoru” konflikt z Izraelem jest tak naprawdę… dziełem Kremla! Jeżeli więc już przestraszyliście się, że wątek rosyjski gdzieś umknął, a Izrael zajął miejsce najgorszego „złola” - odetchniecie z ulgą. Izrael jest jedynie narzędziem w rękach Rosji, pragnącej „skłócić nas ze Stanami”. PiS więc zamiast piętnować celowe prowokacje Izraela, uznaje, iż jest to jedynie „sojusznik naszego sojusznika”, ulegający „putinowskim prowokacjom”. Rzeczywiście taki duch w myśleniu obecnej władzy jest wyczuwalny i oczywiście Konfederacja zyskuje na swojej złości wyrażanej wprost, musi jednak uważać, aby nie przesadzić – karta antysemityzmu jest mocna, argumenty przeciwko Izraelowi należy budować merytoryczne i przemyślane, jeśli mają odnieść oczekiwany skutek. Zdaje się to rozumieć Andrzej Duda (jego pamiętny list do prezydenta Izraela), ale Mateusz Morawiecki mniej.

W tej chwili stosunki dyplomatyczne Polska-Izrael nie wyglądają najlepiej. Wiceminister dyplomacji Cippi Chotoweli oskarżyła premiera Polski o antysemityzm. „Jeżeli ktoś mówi, że Polska ma komukolwiek wypłacić jakiekolwiek odszkodowania, to mówimy: nie ma naszej zgody na to. Nie ma naszej zgody i nie będzie. Tak długo nie będzie, jak długo będzie rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Bo gdyby kiedykolwiek do tego doszło szanowni państwo, do tej strasznej niesprawiedliwości, gdyby zostałby zamieniony kat i ofiara, urągałoby to jakimkolwiek zasadom prawa międzynarodowego, ale byłoby to również pośmiertnym zwycięstwem Hitlera i dlatego nigdy na to nie pozwolimy” - te słowa Morawieckiego rozsierdziły wiceszefową MSZ.

Czy były potrzebne? Rafał Ziemkiewicz uznałby zapewne, że tak. Faktem jest – jak pisze w dalszej części tekstu – że Izrael nigdy nie przeprosił za pamiętne słowa Israela Katza o antysemityzmie wyssanym z mlekiem matki. Ma Ziemkiewicz również rację, że bezrefleksyjne uleganie Amerykanom w kwestiach polsko-izraelskich, przy ewidentnych próbach sprowokowania Polaków do antysemickich wypowiedzi, jak robi to część PiS – jest zbytnim ustępowaniem pola. Z trzeciej jednak strony odpowiadanie bombami atomowymi złości na zaczepki Izraela i brnięcie w wojenne resentymenty jest również kontrskuteczne. Brońmy się na gruncie prawnym, a na zaczepki mające na celu pozyskanie antysemickich wypowiedzi, reagować się po prostu nie opłaca. Na razie chroni nas porozumienie luksemburskie, a także umowa rządu PRL z USA z 1960 r. Jest raczej pewne, że Stany nie uzależnią swoich inwestycji na wschodniej flance NATO od naszego sprzeciwu wobec ustawy 447. Ale nie ma co dawać światu paliwa do nazywania nas wściekłymi antysemitami. Ziemkiewicz ma zatem rację co do istoty sprawy, ale o metodach można dyskutować.

Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Polscy górale śpiewają w moskiewskim parku (wideo)
Czaputowicz obserwował w Kijowie przypieczętowanie klęski „ukraińskiej partii wojny”
Tagi:
ustawa 447/JUST, Rosja, Izrael, USA, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz