Widgets Magazine
04:31 18 Lipiec 2019

Reforma edukacyjna zepchnie ambitną młodzież na margines

© AP Photo / Vincent Yu
Polska
Krótki link
Wiktoria Daniłowa
81115

Polskie średnie szkoły przygotowały ponad 830 tysięcy miejsc dla absolwentów gimnazjów, czyli o około 100 tysięcy więcej niż uczniów - podaje statystyka. Czy jednak każde dziecko dostanie się do wymarzonego liceum?

Ministerstwo oświaty usiłuje przekonać zdesperowanych rodziców i ich pociechy, że tak. Ale rządowe oszacowania nie obejmują jednak absolwentów szkół spoza miast wojewódzkich czy dużych aglomeracji, a także szkół niepublicznych. Tysiące młodych ludzi z mniejszych miejscowości chcą się uczyć w Warszawie czy we Wrocławiu, a w sumie z nimi kandydatów jest już znacznie więcej.

Czynnikiem decydującym jest tak zwany podwójny rocznik - efekt  reformy w systemie oświaty. Nauka po likwidacji gimnazjów została skrócona o 1 rok - z wcześniejszych 9 (szkoła podstawowa+gimnazjum) do 8 lat szkoły podstawowej. W tym roku do polskich szkół średnich pójdą dwa roczniki, a więc konkurencja przy dostaniu się do wybranej szkoły będzie dwa razy większa, niż zwykle.

Ktoś więc czeka na rekrutację uzupełniającą, która ruszy w połowie lipca i potrwa do końca sierpnia. Pewien procent uczniów, którzy nie trafią do liceów, pójdzie do zawodówek.

Kontrowersyjna wypowiedź wicepremiera

Na tle medialnego i społecznego alarmu swoją kontrowersyjną wypowiedzią wyróżnił się wiceszef MNiSW Andrzej Stanisławek. Jak wynika z publikacji w „Kurierze Lubelskim” zasugerował, iż  uczniowie, którzy nie dostali się do żadnej szkoły, mogą poszukać odpowiedniej za granicą”. Kilka dni po tym w poczuciu odpowiedzialności i po fali krytyki pod jego adresem, postanowił dobrowolnie zrezygnować ze swojego stanowiska, które zajmował zaledwie od końca kwietnia tego roku.

Komentując to zajście w rozmowie ze Sputnikiem dr. Justyna Sarnowska z Uniwersytetu SWPS stwierdziła, że to jest bardzo podobny ton wypowiedzi do opinii, jaką w swoim czasie podzielił się w kampanii prezydenckiej Bronisław Komorowski, który powiadiał, że jeśli młodych ludzi nie stać na zakup własnego mieszkania, to powinni zmienić pracę i wziąć kredyt.

„Takie głosy sugerują daleko posuniętą ignorancję w stosunku do problemów, z jakimi mierzą się dzisiaj dorastające pokolenia. Kształcenie za granicą jest kosztownym przedsięwzięciem, więc nie trudno wywnioskować, że stać jest na to rodziny z dużym kapitałem ekonomicznym. Obecna sytuacja dotyka najbardziej uczniów ze środka, którzy mają predyspozycje do nauki w dobrych szkołach i mogliby się w nich rozwijać przy odpowiednim zaangażowaniu nauczycieli, ale nie brały udziału w olimpiadach, czy nie miały dostępu do wielu form kształcenia pozaformalego. Są ambitne, ale wykluczone w obecnym wyścigu, często też ze względu na mniejsze możliwości rodziców: ekonomiczne, kulturowe – rodziców albo nie stać na wiele godzin korepetycji albo nie mieli na tyle dużego rozeznania, żeby doradzić różne opcje w obecnej sytuacji rekrutacyjnej.

Uważam, że jest to społecznie niesprawiedliwe, że państwo zafundowało tym osobom takie dylematy. W moim przekonaniu to tylko pogłębi istniejące nierówności społeczne i zepchnie młodzież z mniej uprzywilejowanych środowisk, ale ambitną i z aspiracjami na margines

– uważa dr. Justyna Sarnowska.

Jej zdaniem, negatywne skutki reformy oświaty mogą zatem znacząco wpłynąć na dalsze plany życiowe uczniów urodzonych w konkretnych rocznikach i rzutować na ich ocenę funkcjonowania państwa.

„W moim przekonaniu wybór szkoły branżowej, czy wcześniej zawodowej nie powinien być przymusem. Powinien opierać się na zainteresowaniach ucznia i wynikać z chęci rozwoju w jakimś obszarze, a nie wynikać z braku dostępu innej formy kształcenia.

W swoich badaniach wielokrotnie spotykałam się z problemem niedopasowania wyborów edukacyjnych uczniów nie tylko do potrzeb lokalnego rynku pracy (24 kucharzy kształci się w Mielcu, gdzie oferta gastronomiczna nie jest jakoś szczególnie rozwinięta i nie jest to cel turystyczny na mapie Polski), ale także niedopasowaniem wyborów edukacyjnych do zainteresowań i predyspozycji uczniów. W takich sytuacjach osoby kończące szkołę przychodzą do urzędu pracy i proszą o ofertę pracy, tylko nie w gastronomii

– powiedziała dr. Justyna Sarnowska.

Kowal zawinił, a cygana powieszono

Jakie będzie nastawienie dziecka, które dostało 150 punktów, a któremu się mówi „w okolicy twojego miasta nie ma szkół, które miałyby wolne miejsca, więc pójdź do szkoły zawodowej!” – zastanawia sie prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz. Twierdzi, że chęci tutaj nie ma po stronie uczniów. Nic dziwnego, że dziecko, które zakładało, że idzie do szkoły średniej, a nie chce uczyć się zawodu, niechętnie idzie do zawodówk.

Rząd mówi, że w zaistniałej sytuacji winne są przede wszystkim samorządy, które pozwoliły uczniom na aplikowanie do kilkunastu szkół równocześnie, ale jest to poniekąd sprzeczne z rzeczywistością, kontynuuję  prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniarz:

„Problem polega na tym, że Ministerstwo Edukacji Narodowej uchyla się od jakichkolwiek działań w tym zakresie uznając, że sprawa rekrutacji jest sprawą lokalnych samorządów. Niby samorządy od 3 lat wiedziały, że będzie kumulacja rocznika i powinny się były przygotować. W rzeczywistości, jest to pokłosie błędnej decyzji o reformie.

Rząd przez te 3 lata nie zrobił w tym zakresie nic, a gdyby wspólnie z samorządami szukał rozwiązania tego problemu, chociażby poprzez doraźne inwestycji albo działanie wspomagające samorządy w tym procesie inwestycyjnym, sytuacja byłaby trochę inna. Jeżeli rząd już uznał, że należy reformować edukację, chociaż to była decyzja raczej arbitralna, to mógł tę reformę zacząć od pierwszej klasy szkoły podstawowej. A wtedy nie byłoby kumulacji roczników.

Natomiast dzisiaj zbieramy tego owoce. Czyli, jak się mówi, „kowal zawinił, a cygana powieszono” – powiedział Sławomir Broniarz.

Kolejny problem dziś - to brak nauczycieli awłaszcza do szkół zawodowych. W każdym większym mieście poszukiwanych jest kilka tysięcy pedagogów, którzy mogliby rozpocząć pracę we wrześniu. Odpowiadając na pytanie, w jaki sposób wpłynął na sytuację tegoroczny strajk nauczycieli, Sławomir Broniarz wyraził opinię, że strajk w Polsce może mieć tylko i wyłącznie podłoże pracownicze, czyli „praca lub płaca”.

„Tego celu, jaki sobie nakreśliliśmy, nie udało się osiągnąć.Ale rząd wycofał się ze zmian w karcie nauczyciela, z wydłużonego awansu zawodowego, z zapisów o nowej oceny pracy nauczyciela. I ta sytuacja trochę złagodziła napięcia na rynku pracy w szkole. Postawmy się w sytuacji dyrektora: mówi „jak ja mogę zatrudnić nauczycieli, jak nie wiem, ilu uczniów przyjdzie do mojej szkoły, jakie klasy o jakiej specjalności będę otwierał? Czy to będzie szkoła krawiecka, czy samochodowa? Jak mogę oferować miejsce pracy w szkole nauczycielowi, który dostaje na starcie 2,500 złotych w sytuacji, gdy to jest wysokiej klasy specjalista, który nie chce pracować za takie pieniądze?

Rynek pracy jest bardzo skomplikowany: i największy problem stanowią właśnie szkoły zawodowe. Strajk nauczycieli pokazał, jak ogromne napięcia emocjonalne jest w szkole, pozakał, że rząd lekceważy nauczycieli, że w wielu wypadkach nie liczy się z tym środowiskiem. I to dla wielu nauczycieli jest ważniejsze, niż niska płaca

– stwierdził  na zakończenie prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego Sławomir Broniar.

Zobacz również:

Nauczyciele nie będą mogli strajkować?
W Rosji pojawiła się szkoła malarstwa… ropą naftową
Polak odmówi, wschodni sąsiad się zgodzi: jak się ratuje zawodówki w Polsce
Tagi:
gospodarka, nauczyciel, strajk, Bronisław Komorowski, oświata, Sławomir Broniarz, ZNP, związek zawodowy, szkoła zawodowa, przyszłość, uczniowie, reforma szkolnictwa w Polsce, Ministerstwo Edukacji Narodowej, edukacja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz