Widgets Magazine
22:42 15 Wrzesień 2019
Żołnierz NATO na tle flagi NATO w Kosowie

Nadzieja NATO numer 36458

© REUTERS / Laura Hasani
Polska
Krótki link
Autor Julia Baranowska
101319
Subskrybuj nas na

W Polsce poruszenie. Amerykańska ambasador pogłaskała po głowie Ministerstwo Obrony i ogłosiła nasz kraj „liderem w NATO”. Przy okazji po raz kolejny padła zapowiedź zniesienia obowiązku wizowego.

Szkoda tylko, że wcześniej „liderami” oraz „nadziejami” Sojuszu Północnoatlantyckiego były inne kraje i nieszczególnie na tym skorzystały, oprócz tego, że wydały na obronność ciężkie pieniądze.

Zobacz również: Dlaczego Rail Baltica nie jest dla Polski priorytetem?

Polska jest jednym z 7 krajów, które w 2019 roku wydadzą 2 proc. PKB lub więcej na obronność. Gratulacje! Od dawna powtarzam, że Polska jest liderem w NATO! – napisała na swojej stronie w Twitterze pani ambasador.

Czy to faktycznie oznacza jakieś przywileje dla kraju nad Wisłą w niedalekiej przyszłości (oprócz „przywileju” płacenia coraz więcej i więcej)? To kłopotliwe pytanie. We wrześniu 2014 roku podczas szczytu NATO w Newport zostało podjęte zobowiązanie, że wszystkie kraje członkowskie przez 10 lat do 2024 roku muszą wydawać na obronność 2 proc. PKB. Jedną czwartą tej kwoty należy przeznaczyć na zakup sprzętu.

Donald Trump rozpoczął kampanię prezydencką na rok 2020. Chce przydusić członków NATO do płacenia 2 proc. PKB na obronność. Tylko 7 krajów, w tym Polska się z tego wywiązuje – powiedział w programie 1 Polskiego Radia Artur Wróblewski, amerykanista z warszawskiej Uczelni Łazarskiego.

Podkreślił, że USA są głęboko zawiedzione postawą m.in. Angeli Merkel, która od dekady obiecuje, że podniesie do 1,5 proc. PKB wydatki na obronność do 2024 roku. Nie tylko tak się nie stało, ale nasi zachodni sąsiedzi wycofali się również z deklaracji „wysyłki” swoich żołnierzy w ramach sił szybkiego reagowania NATO. Teraz USA stosuje demonstracyjną technikę „marchewki”, czyli dopieszcza te kraje, które się z ustaleń w Newport wywiązują.

Ale pamiętajmy, że „nadzieją NATO” jeszcze do niedawno zdawała się Turcja. Jednak około 2017 roku nagłówki gazet zmieniły się i już nie pisano o niej w superlatywach, ale jako o „enfant terrible” NATO. Od czasu nieudanego przewrotu wojskowego romans Turcji z USA przerodził się we wzajemną wrogość, a Recep Tayyip Erdogan stwierdził, że Stany nie będą mu dyktować, od kogo ma kupić system obrony lotniczej. Poszło o rosyjski system rakietowy ziemia-powietrze (S-400).

Zobacz również: Turcja wysyła do Rosji swoich wojskowych. Będą się uczyć obsługi S-400

Amerykańskim korporacjom zbrojeniowym nie było w smak, że Ankara zapłaciła za niego akurat Moskwie (a stawka była ogromna, bo około 2,5 mld dolarów). Wcześniej rozważała także zakup systemu od Chin, co dodatkowo rozsierdziło Mike’a Pompeo.

Erdogan bronił się: wszedł już do systemu F-35 (Turcja jest od 2002 roku partnerem III stopnia w programie JSF), a więc i tak płaci NATO-wski „haracz”. Przy okazji wskazał na Grecję, która już wcześniej dokonała transakcji „łączonej” (zakupiła podobny system S-300, kompletując go od różnych dostawców – ze Stanów i z Rosji) – i nikt nie ma do niej o to pretensji. Wtedy Pompeo nazwał Turcję „trudnym dzieckiem NATO” i wzajemne stosunki nie wróciły już do stanu sprzed 2016.

Partnerem I poziomu dla USA w programie rakietowym jest jedynie Wielka Brytania, a na II znalazły się Włochy i Holandia. III poziom oprócz Turcji uzyskała Kanada, Austria, Norwegia i Dania.

Ale największym zawodem – i to po obu stronach – w ostatnim czasie okazała się współpraca Niemiec i USA. Angela Merkel naraziła się Stanom umową o gazociągu Nord Stream 1 i 2, USA widziały również topniejącą kadrę Bundeswehry, pomimo deklaracji wieloletniej minister Ursuli von der Leyen o konieczności wzmacniania sił NATO. Niemcom zaczął podobać się pomysł stopniowego wypychania wpływów USA z Europy. I mimo że von der Leyen stoi u progu Komisji Europejskiej, Niemcy nadal otwarcie odmawiają spełnienia NATO-wskiego warunku 2 proc. PKB na obronność do 2024 roku, mówią jedynie o pójściu w tym kierunku.

Jak stwierdził Waldemar Biniecki, publicysta znany w kręgach amerykańskiej Polonii, „istotą polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych zawsze było tolerowanie pozycji Niemiec jako siły ekonomicznej, ale nie geopolitycznej. Administracja USA musi się więc oprzeć na nowych sojusznikach, których znalazła w Polsce i Rumunii. Oba te kraje spełniają ostre kryteria NATO, nie powodując narażania amerykańskiego podatnika na płacenie za nie”.

W przeciwieństwie do wcześniejszych „nadziei” i „kluczowych sojuszników”. Popatrzmy na Włochy: mają potężny przemysł zbrojeniowy, statystycznie są trzecią gospodarką Europy. W czasie świętowania 15. rocznicy obecności Polski w Sojuszu, to właśnie polityków tego kraju typowano na jego dowódców. Mimo to inwestycje w obronność nie są dla nich priorytetem.

Hiszpania? Również nie podejmuje tematu mitycznych 2 procent. Rząd Rajoya przychylnie podchodził do kwestii wzmocnienia wschodniej flanki NATO, zaczął też zwiększać wydatki na obronę – i również był przez USA chwalony, ale zwycięstwo lewicy przechyliło sympatie zdecydowanie w stronę Kremla.

Francja? Ma własne interesy w Afryce i na Bliskim Wschodzie oraz niezależną od USA triadę nuklearną. Ma też ambicje, by poza podzieloną UE zbudować coś na kształt trzeciej armii, europejskich sił interwencyjnych.

Wygląda więc na to, że USA po 70. latach istnienia Sojuszu będą musiały przeanalizować stare układy. Państwa NATO wkroczyły właśnie w najgłębszy kryzys zaufania od wyjścia Francji z sojuszu w 1967 roku. I rzeczywiście w 2019 układ w sojuszu, gdzie coraz silniej widać oś podziału Berlin-Paryż-Waszyngton, może należeć do „małych”.

Wyjście z traktatu INF wymusiło rozważania o ewentualnej modernizacji obrony przeciwrakietowej NATO. Według „New York Times” to kraje Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza Polska i kraje bałtyckie, obawiają się ekspansywnej polityki Rosji, dlatego są zwolennikami opracowania nowych systemów i mechanizmów obronnych. Polska opowiedziała się już zdecydowanie po stronie Waszyngtonu. „Europejską armię” Macrona uważa za mrzonki, Niemcom ma za złe gazociąg i spija antyrosyjskie wypowiedzi z ust Ursuli von der Leyen. Co zyska na byciu „nową nadzieją”? To wielka niewiadoma.

Parasol ochronny NATO jest dziś dziurawy. Nie ma jednomyślności co do wyboru systemu walki. To wynika z tego, że Sojusz jest słaby politycznie. Każdy kraj gra na siebie, a to oznacza, że przeciwdziałanie zagrożeniom jest niezwykle ograniczone – mówi gen. Waldemar Skrzypczak.

Poglądy autorki mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

Zobacz również:

Kijów zaprasza NATO i UE do Czarnobylskiej Strefy Wykluczenia
Na horyzoncie Rosji majaczy ofensywna pięść NATO
Rosyjscy wojskowi obserwują jednostki NATO na Morzu Czarnym
Awaria za awarią. Najbardziej problematyczny sprzęt wojskowy NATO
Tagi:
MON, NATO, USA, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz