Widgets Magazine
19:05 19 Październik 2019
Kreml w Moskwie

Umiarkowana krytyka to nie przełom

© Fotolia / yulenochekk
Polska
Krótki link
Autor
5261
Subskrybuj nas na

Niespotykane dotąd głosy pojawiły się w polskiej debacie publicznej w kontekście publikacji Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która dopuszcza możliwość zmiany polityki polskiej w stosunku do Rosji.

Była wiceminister spraw zagranicznych i ambasador RP w Moskwie Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz opublikowała niedawno tekst, w którym porusza temat polsko-rosyjskich stosunków w związku z modyfikacją relacji Unii Europejskiej do Federacji Rosyjskiej.

Swoją wizję problemu w rozmowie z redaktorem Sputnika Igorem Stanowem przedstawił doktor Mateusz Piskorski.

– Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz przyznaje możliwość zmiękczenia retoryki polskiej w stosunku do Rosji. Czy takie stanowisko może mieć jakieś skutki?

– Pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, jak wiadomo, nie reprezentuje stanowiska władz polskich, a nawet – poprzez swoją karierę dyplomatyczną w czasach poprzedniej koalicji rządzącej i obecne związki z Fundacją im. Stefana Batorego – może być raczej kojarzona z szeroko rozumianym środowiskiem opozycji. Jej rozważania niekoniecznie zatem odzwierciedlają jakiś szerszy trend w polskiej debacie o polityce wschodniej. Sam fakt, że jej umiarkowanie krytyczne wobec Moskwy wystąpienie uznano za jakiś głos o charakterze przełomowym, pokazuje do jakiego poziomu upadła kwestia relacji polsko-rosyjskich.

Była ambasador Polski w Moskwie Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz
© Zdjęcie : Michał Józefaciuk
Obowiązujący kanon poprawności politycznej w praktyce wyklucza nawet jakąkolwiek myśl o próbach dialogu i porozumienia. Stanowisko sformułowane przez byłą polską ambasador w Rosji może odzwierciedlać pewne nastroje w ugrupowaniach opozycyjnych.

Przypomnijmy tylko, że Platforma Obywatelska, podobnie zresztą jak Polskie Stronnictwo Ludowe i Sojusz Lewicy Demokratycznej, tradycyjnie nieco bardziej orientowały się na Brukselę, Berlin i Paryż, stąd są bardziej czułe na zmiany zachodzące w tych stolicach. Podział w tych sprawach w największym skrócie wygląda dziś tak, że opozycja to opcja euratlantycka – marząca o jedności tzw. Zachodu, zaś Prawo i Sprawiedliwość to opcja atlantycka, nastawiona na wiernopoddańczą lojalność wobec Waszyngtonu.

– Głosy ekspertów związanych z opozycją mogą jednak chyba wpływać na całokształt debaty publicznej, wywoływać jakąś refleksję także w obozie rządzącym?

Kreml
© Sputnik . Alexey Druzginin/Anton Denisov/Russian Presidential Press Office
– Rezygnacja PiS z agresywnej rusofobii jest teoretycznie możliwa, jednak musiałyby do tego zaistnieć dwie przesłanki. Po pierwsze, patroni tego ugrupowania zza oceanu musieliby dać wyraźny sygnał do odwrotu od agresywnej retoryki i do odprężenia. Po drugie, partia Kaczyńskiego musiałaby przygotować narrację uzasadniającą taką woltę tożsamościową. Argumentem dla ich elektoratu mogłaby stać się na przykład sprawa zwrotu znajdującego się w Rosji wraku Tu-154M.

Jednak do realizacji rozmów w tej sprawie niezbędne byłoby zbudowanie elementarnego zaufania strony rosyjskiej, że nie będzie ona rozgrywana do snucia wymierzonych w państwo rosyjskie teorii spiskowych, a o taką gwarancję byłoby dziś raczej trudno.

– Istotnym czynnikiem w tej układance jest też polityka polska wobec Ukrainy…

– Tak, i tutaj mamy do czynienia z dość ciekawym zjawiskiem. We wspomnianym głośnym tekście Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz Kijów jest w dalszym ciągu uznawany za kluczowego, strategicznego partnera Polski na Wschodzie. W opublikowanym niedawno programie wyborczym PiS takie sformułowania pod adresem Ukrainy już jednak nie padają.

Soczi
© Sputnik . Vladimir Sergeev
I to jest chyba zdecydowanie istotniejsze zjawisko, pewna zmiana retoryki partii rządzącej. Może ona wynikać, zarówno z wyborczej kalkulacji: przecież część wyborców partii rządzącej odnosi się jednak sceptycznie do neobanderowskiej retoryki części ukraińskiej klasy politycznej, jak i z czegoś znacznie poważniejszego: z konstatacji, że w wyniku porozumienia na linii Moskwa-Waszyngton konflikt o Ukrainę będzie powoli tracił swoją siłę rozpędu.

Pewną oznaką takiej możliwości jest modyfikacja retoryki tamtejszych władz, nieco odmiennej od agresywnego tonu i prowokacyjnych wypowiedzi poprzedniego prezydenta i rządu. PiS może zacząć się obawiać sytuacji, w której na placu boju przeciwko rzekomo agresywnej Moskwie pozostanie sam, bo dojdzie do ułożenia relacji ukraińsko-rosyjskich.

– Czy kraje Europy Zachodniej faktycznie rozumieją jałowość utrzymywania obecnej konfrontacyjnej polityki wobec Rosji?

– Politycy z tych krajów muszą liczyć się w jakimś stopniu z własną opinią publiczną. A tu sprawa jest jasna: nawet Pełczyńska-Nałęcz przytacza wyniki sondaży przeprowadzanych w Niemczech i we Francji, z których wynika, że większy odsetek Niemców i Francuzów obawia się Stanów Zjednoczonych niż Federacji Rosyjskiej.

Siły polityczne znajdujące się obecnie u steru władzy w obu tych krajach muszą ponadto brać pod uwagę rosnąca popularność ugrupowań opozycyjnych, takich jak Zjednoczenie Narodowe czy Alternatywa dla Niemiec, które bezpośrednio wzywają do wznowienia dialogu z Moskwą. W ten sposób opozycja zmusza rządzących do określonych zmian, przynajmniej na poziomie retorycznym.

Sądzę także, że partie rządzące w czołowych krajach Unii Europejskiej muszą w jakimś stopniu brać pod uwagę głosy środowisk biznesowych, oczekujących zniesienia sankcji i powrotu do normalnej wymiany handlowej. Myślę, że rok 2020 może w tym zakresie przynieść pewne przełomowe decyzje.

Warszawa faktycznie nie powinna sobie pozwolić na ignorowanie czy przeciwstawianie się tym jakościowym przeobrażeniom.  

– Czy to oznacza, że polscy politycy przestaną postrzegać Rosję jako potencjalnego agresora?

– Pewnym przełomem jest otwarte uznanie przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, że ze strony Federacji Rosyjskiej nie zagraża Polsce żadna agresja, przynajmniej taka o charakterze militarnym.

Oczywiście, nadal wspomina się o innych rzekomych zagrożeniach ze strony Moskwy, ale już samo uznanie, że Federacja Rosyjska nie przygotowuje planów zbrojnej napaści na Polskę stanowi w obecnych warunkach pewną oznakę trzeźwienia umysłów. Z drugiej strony, niestety obecne władze muszą w jakiś sposób uzasadniać wydatki na zbrojenia, przede wszystkim zakupy dokonywane na rzecz amerykańskiego kompleksu militarno-przemysłowego.

Przynajmniej dopóki nie wymyślą nowego źródła zagrożenia, a przecież trudno, by nagle zaczęły opowiadać o agresji ze strony któregoś z sąsiadujących z Polską państw członkowskich NATO, czy pokiereszowanej własnym upadkiem i rozkładem Ukrainy. Być może zatem retoryka straszenia Rosją osłabnie nieco, ale dopiero po realizacji zapowiedzianych już i ustalonych z Amerykanami kontraktów.

Podsumowując, myślę, że nie ma sensu popadanie w nadmierny optymizm, aczkolwiek nie sposób też nie zauważyć, że każdy przypadek zmiękczenia tonu wobec Rosji jest już w obecnych warunkach pewnym postępem. Nie wiem tylko, na ile tego rodzaju głosy wpłyną w jakikolwiek sposób na bieżące relacje, bo rozważania teoretyczne od rzeczywistych działań na rzecz odmrożenia wzajemnych stosunków dzieli jeszcze ogromna i trudna droga.

Musimy też pamiętać, że ktokolwiek zechce faktycznie normalizować stosunki polsko-rosyjskie, ten z pewnością spotka się z wściekłym atakiem swoich oponentów politycznych, bo w Polsce kwestia rosyjska używana jest do wzajemnego okładania się po głowach sztachetami przez konkurujące formacje polityczne. Jest tak źle, że trudno wierzyć w jakąś cudowną metamorfozę politycznej świadomości.

Tagi:
stosunki polsko-rosyjskie, stosunki międzynarodowe, stosunki, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Rosja, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz