12:50 28 Listopad 2020
Polska
Krótki link
Epidemia koronawirusa w Polsce (101)
9186
Subskrybuj nas na

Obowiązków przybywa, brakuje czasu… brakuje wszystkiego – skarżą się pracownicy sanepidów. To w dużej mierze na ich barki spadł ciężar walki z koronawirusem w Polsce. Czują się zapomniani, gdy Ministerstwo Zdrowia dziękuje medykom i ratownikom, a im nie – donosi Dziennik Gazeta Prawna.

Sytuacja w Polsce z dnia na dzień robi się coraz bardziej dramatyczna. Rośnie liczba przypadków zakażenia koronawirusem, a razem z nią przybywa obowiązków. Praca po 12-16 godzin dziennie to nowa rzeczywistość w wielu stacjach sanitarno-epidemiologicznych, szczególnie w powiatowych, które liczą po kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt osób. 

Pracownicy sanepidów prowadzą dochodzenie epidemiologiczne. To właśnie oni decydują o tym, kto zostanie poddany kwarantannie, a kogo należy przebadać. Jeśli osoba poddana kwarantannie zachoruje, inspektorzy muszą wydać decyzję o jej izolacji. To oni robią listy tych osób, u których należy przeprowadzić test na obecność SARS-CoV-2. Ostatnio do ich obowiązków doszło wydawanie decyzji o karach za nieprzestrzeganie kwarantanny, które trzeba wydawać na podstawie danych z policji. Pracownicy codziennie raportują o liczbie osób w kwarantannie, izolacji, szpitalu, o zgonach, a ostatnio też ozdrowieniach.

Z każdym dniem mamy coraz więcej obowiązków, a ludzi do pracy nie przybywa. Wkrótce staniemy się niewydolni – mówi „DGP” jeden z pracowników.

– Efekty natłoku obowiązków są widoczne. Dane o sytuacji epidemiologicznej z powiatowych sanepidów spływają coraz później, a raporty są coraz mniej dokładne. Często brakuje płci, wieku osób, które zmarły. Bywa, że dane na ten temat spływają nazajutrz – mówi inny.

Ćwiczenia w zakresie ewakuacji zakażonych koronawirusem w Czelabińsku
© Sputnik . Александр Кондратюк
Rozmówcy dziennika skarżą się na permanentny brak czasu. – Brakuje czasu. A wywiadu epidemiologicznego nie da się często przeprowadzić przez telefon. Trzeba udać się do szpitala, zakładu pracy, a nie każdy ma własny samochód – mówi pracownik jednej ze stacji. Pracownicy przyznają, że często nie dzwonią do tych osób, które mają negatywny wynik testu. – Dzwonimy tylko do tych z pozytywnym. Z negatywnym, jeśli wystarczy czasu – przyznaje jeden z nich. Bywa, że decyzje o kwarantannie nie są wystawiane od razu, a na 1-2 dni przed jej zakończeniem. Przybywa stacji, które stosują nową zasadę: dzwonią do osób, które są objęte kwarantanną, i je o tym informują, dodając, że dokument przyjdzie w późniejszym terminie.

Telefony nie milkną, brakuje sprzętu

W chwili, gdy w Polsce wybuchła epidemia COVID-19, uruchomione zostały dodatkowe telefony dla potencjalnych pacjentów, pod którymi mieli otrzymywać informacje, jak postępować w razie choroby. – Telefony nie milkną, a w wielu placówkach zostały uruchomione całodobowe numery alarmowe. Pracownicy muszą być dostępni na okrągło – mówi rzecznik WSSE w Rzeszowie Dorota Gibała.

Problemem wielu stacji jest niedofinansowanie. W wielu przypadkach problematyczne okazało się uruchomienie infolinii dla dziesiątek czy setek tysięcy osób. Niektóre ze stacji podają komórki z prywatnymi numerami. – Ale i tak to nie wystarczy, więc nic dziwnego, że linie są zajęte – mówi jeden z pracowników. W wielu miejscach brakuje sprzętu i ludzi.

Mimo wsparcia wolontariuszy i prób pracy w systemie zmianowym pracuje się po godzinach, również w nocy. To zaś spowoduje obciążenie budżetu sanepidów. W jednym z województw koszty samych nadgodzin za marzec wyniosły 200 tys. zł.

Jesteśmy jak na III wojnie światowej. Zawiesiliśmy większość działań rutynowych, uruchomiliśmy wszystkie zasoby. Prowadzimy nie tylko dochodzenia, lecz także badania laboratoryjne. Pracujemy przez całą dobę. I wszystkie dane o koronawirusie pochodzą od nas – podsumowuje Tomasz Augustyniak, pomorski państwowy wojewódzki inspektor sanitarny.

„Czujemy się zapomnieni”

Jak podaje „DGP” pracownicy sanepidów czują się zapomnieni, gdy resort zdrowia dziękuje medykom i ratownikom, a im nie.

My tylko słyszymy, że coraz bardziej zawodzimy i zostaniemy rozliczeni z pracy. Otrzymujemy telefony z pretensjami od pacjentów, że są na kwarantannie, a nikt im nie wykonał testu, od lekarzy, że mieli mieć wynik po 24 godzinach, a wciąż go nie ma.

Tymczasem laboratoria są zatkane. Bywa, że na wynik trzeba czekać nawet przez trzy dni – mówi jeden z pracowników sanepidu.

Tematy:
Epidemia koronawirusa w Polsce (101)

Zobacz również:

Rusza produkcja testu na koronawirusa made in Poland
Warszawa podlicza ofiary – coś się nie zgadza?
Tagi:
koronawirus, SANEPID, III wojna światowa, Polska
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez SputnikKomentarz przez Facebook
  • Komentarz