Widgets Magazine
08:08 19 Lipiec 2019
Aktorka Julia Wysocka, reżyser Andriej Konczałowski i ich syn Piotr na ceremonii zamknięcia 73 Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji przed Pałacem Kina na wyspie Lido

„Raj” Andrieja Konczałowskiego – arystokratyczny film o wojnie

© Sputnik . Gennadiy Avramenko
Świat
Krótki link
Grażyna Garboś
4310

Światowej sławy rosyjski reżyser Andriej Konczałowski zdobył Srebrnego Lwa na tegorocznym 73. Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji za film pt.: „Raj”.

Zanim nagrodzone dzieło trafi na szerokie ekrany, korespondentce radia Sputnik udało się porozmawiać przez telefon z polskim krytykiem filmowym Piotrem Czerkawskim, który nie tylko już oglądał dzieło rosyjskiego reżysera w Wenecji, lecz też miał okazję przeprowadzić z nim obszerny wywiad.

— Mimo ostrzeżeń, że Andriej Konczałowski nie lubi dziennikarzy, zrobił Pan z nim wywiad. Jakim rozmówcą jest rosyjski reżyser? Czy łatwo się z nim rozmawia?

— Rozmawia się z nim specyficznie, pozwolę sobie użyć takiego eufemizmu. Przyznam, że ta świadomość mnie przyciągnęła do rozmowy z panem Konczałowskim. Wiedziałem, że to będzie niezwykłe i zaskakujące doświadczenie. Na początku było trudno, bo jeszcze wtedy nie znałem głównej zasady, jaką trzeba przyjąć w rozmowie z panem Konczałowskim. On nie lubi, kiedy się go pyta o interpretację filmów, kiedy konfrontuje się pewne tezy i ma się ochotę spytać, co on miał na myśli, kręcąc daną scenę. Z kolei, jeśli będziemy pytać go o kontekst narracji filmu, o to, jak film się odnosi do polityki, a warto wiedzieć, że polityka jest konikiem rosyjskiego reżysera, jeśli więc będziemy „krążyć" wokół filmu, a nie pytać o jego decyzje i wybory artystyczne, to rzeczywiście taki wywiad może być bardzo interesujący.  Wówczas, pan Konczałowski jest szalenie ciekawym rozmówcą, bo jest też rozmówcą lubiącym prowokację, bardzo świadomie odnoszącym się do poglądów niepopularnych. On wie, co może zainteresować czytelnika i pod tym względem jest osobą wymarzoną do tego, aby z nim porozmawiać.

— Pan oglądał nagrodzony film „Raj". Jakie są pierwsze wrażenia?

— To jest rzeczywiście WYDARZENIE festiwalu w Wenecji, mogę tak to określić, bo nie było chyba w tym roku żadnego innego filmu, który by już po seansie tak bardzo podzielił odbiorców. Byli ci, którzy od razu przyznaliby Konczałowskiemu Złotego Lwa. Bardzo długo trwała owacja po premierze. Z kolei inni mówili, że jest to grafomania, że jest to film przeszarżowany, przestylizowany. Ja bym się ustawił gdzieś po środku. Przyznam, że ten film mnie zaskoczył. Andriej Konczałowski jest filmowcem bardzo wszechstronnym. Trudno, żeby było inaczej, jeśli ma w swoim dorobku filmy hollywoodzkie z jednej strony, a z drugiej „Syberiadę", czy „Białe noce listonosza Aleksieja Triapicyna". Ten drugi film, w 2014 roku również wyróżniony Srebrnym Lwem, spodobał mi się bardziej. Te „Białe noce" ujęły mnie taką szlachetną prostotą formy, podczas gdy „Raj" jest filmem maksymalnie wystylizowanym. Czarno-białym, takim pięknym, że można wręcz powiedzieć, że podejrzanie pięknym, zważając na to, o czym opowiada, w jakich okrutnych czasach akcja się toczy, bo mamy do czynienia z II wojną światową. Myślę, że ten film jest świadomie taki niedzisiejszy, bo dzisiaj o II wojnie opowiada się w sposób naturalistyczny w stylu Laszlo Nemesa w „Synie Szawła". Konczałowski nie chciał się z nim licytować, poszedł własną drogą, wybrał własną poetykę. Może się ona podobać, albo nie, ale na pewno należy ją uszanować.

— No właśnie, w filmie jest dużo monologów. W przeprowadzonym przez Pana wywiadzie Konczałowski powiedział, że „zrobił to po to, aby wkurzyć współproducentów". A czy przypadkiem nie wkurzy samego widza, który przywykł do filmu akcji?

— (śmiech) Jeśli nawet wkurzy, to taka była intencja Konczałowskiego, jako człowieka, który już kilka filmów akcji nakręcił. Przecież w latach 80-ych miał epizod hollywoodzki. Funkcjonował w tamtym przemyśle i sam siebie nazywa reżyserem do wynajęcia. Zrobił filmy wręcz kultowe, bardzo dobrze oceniane, których on się dzisiaj wstydzi, co zaskakuje. Ludzie nie mogą rozumieć, jak można się wstydzić takiego filmu jak „Uciekający pociąg". Natomiast Konczałowski wyniósł z tego okresu głęboką awersję do Hollywood, do tamtego stylu opowiadania, dynamicznego, wulgarnego wręcz języka filmowego i może to, że teraz zrobił taki film jak „Raj", to jakaś chęć radykalnego zanegowania i kolejna prowokacja w karierze mistrza.

— Czy film Konczałowskiego nie spotka się z zarzutem, że sięgnął po temat wojny i Holocaustu? Niektórzy krytycy mówią o nadużywaniu tej tematyki.

— Myślę, że to jest na tyle ważny temat, że nie można mówić o nadużyciu. Wątpliwości mogą być jedynie związane z tym, w jakiej formie o nim opowiadać. Oglądając film, miałem wrażenie, że to jest opowieść arystokratyczna. Z jednej strony opowieść o wojnie, Holocauście, rzeczach okropnych, ale z drugiej to opowieść taka aksamitna, salonowa. Bohaterowie mówią pięknym językiem, mają szlachetne zainteresowania. Tam się cytuje Czechowa, klasyków. Obawiam się, że może ta wizja wojny jest zbyt piękna, zbyt wygładzona. To może być coś problematycznego, ale była to świadoma decyzja artystyczna reżysera. Obcując z Konczałowskim miałem wrażenie, jakbym spotkał taką postać z powieści Nabokowa. Takiego samoświadomego arystokratę, ironicznego, prowokacyjnego, ale bardzo jednocześnie kulturalnego erudyty. Wydaje mi się, że jest w tej wizji szczery. Odniosłem wrażenie, że jest przygotowany na to, że ona nie spodoba się każdemu, że będzie prowokować wątpliwości, ale zrobił film w zgodzie z samym sobą. Jednym się to podoba, inni byli na nie, ale myślę, że taka reakcja polaryzująca widownię to jest właśnie coś, na czym artyście zależy.

— Właśnie ta świadoma decyzja nakręcić taki, a nie inny film, została doceniona przez jury i Andriej Konczałowski opuścił Wenecję ze Srebrnym Lwem.

— Tak, i od początku był wymieniany w gronie faworytów. Jak mówiłem, niektórzy byli przekonani, że dostanie nagrodę główną. Konkurencja była bardzo silna w tym roku, było 4-5  tytułów, o których się mówiło, że zostaną nagrodzone. Już nawet znalezienie się w tym gronie, to na pewno duży zaszczyt. Jeszcze jedna rzecz wydaje mi się ciekawa i warta podkreślenia. Mówiono nie tylko o Konczałowskim w kontekście tego filmu. On sam bardzo chwalił i bardzo promował Julię Wysocką, swoją żonę, które zagrała główną rolę w „Raju". Ona pogodziła niejako odbiorców, bo nawet ci krytycy, którzy zarzucali pewne uproszczenia czy nieścisłości samemu „Rajowi",  doceniali zgodnie kreację Julii Wysockiej.

Zobacz również:

„Smoleńsk": Zamach na polskie kino
Prof. Jan Hartman apeluje o bojkot filmu „Smoleńsk”
W kulturze nie ma miejsca na polsko-rosyjskie napięcia
Tagi:
kino, reżyser, Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji, Andriej Konczałowski, Wenecja, Rosja
Standardy społecznościDyskusja
Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
  • Komentarz