11:00 15 Grudzień 2017
Warszawa+ 1°C
Moskwa+ 2°C
Na żywo
    Donald Trump

    List Miłosny do Wielkiej Ameryki

    © REUTERS/ Carlo Allegri
    Świat
    Krótki link
    Peter S. Rieth
    4644

    Rankiem 9 Listopada 2016 roku zszokowany świat, od miesięcy karmiony sondażami zapowiadającymi rychłą klęskę wyborczą Pana Trumpa obudził się z jednym pytaniem na ustach: jak to się stało, że elita głównego nurtu tak bardzo się myliła?

    Tymczasem Ci z nas, którym dana była łaska rozpoczęcia dnia czytaniem z Ewangelii według św Jana mogli zastanawiać się nad jej słowami:

    Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał siedzących za stołami bankierów oraz tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie. Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: «Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!»

    Ostatnio takie słowa, w związku z amerykańskimi wyborami prezydenckimi, padły w 1932 roku, kiedy nowo wybrany Prezydent Franklin Delano Roosevelt przywołał dokładnie te słowa Chrystusa,by wyjaśnić dokonującą się transformację polityczną w Ameryce. Od tego czasu partia Demokratyczna zamieniła język pojęć chrześcijańskich na język lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych. Język LGBT jest równie obcy dla większości Amerykanów jak jest on bliski mniejszości stanowiącej samozwańczą elitę głównego nurtu.

    Prezydent Barack Obama w Gabinecie Owalnym
    © Zdjęcie: Official White House Photo by Pete Souza
    Elita ta zwykła powtarzać, iż filozofie polityczne, które uczyniły Amerykę wielką — od republikanizmu konstytucyjnego ograniczonego państwa Waszyngtona, Madisona czy Jeffersona po liberalizm postępowy w tradycji Teodora Roosevelta, Wilsona i Franklina Roosevelta- są w swojej istocie filozofiami rasistowskimi.

    Samo określenie "rasista" nabrało we współczesnej Ameryce znaczenie całkowicie pustego. "Jesteś rasistą" to obecnie zdanie o tyle pozbawione znaczenia, że znaczy tyle co "nie lubię Cię." Ten kto wierzy w jego dosłowność musiałby wierzyć w absurdalną tezę, iż 50 milionów Amerykanów z pasją nienawidzi ludzi innych ras.

    Fakt, że określenie "rasista" istnieje w dyskursie amerykańskim, fakt, że niegodne elity stosują to określenie w stosunku do swoich adwersarzy, jest oznaką kryzysu amerykańskiej demokracji republikańskiej. Kryzys ten widoczny jest w Partii Demokratycznej, która odrzuca swoich wielkich mężów pokroju Jacksona czy Franklina Roosevelta na rzecz języka postmodernistycznego radykalizmu.

    Wielka debata, która od początku charakteryzuje politykę amerykańską, której treści tworzy historyczny spór dwóch największych partii Ameryki, miała zostać kompletnie odrzucona na rzecz polityki postmodernizmu, opartego na tożsamości, resentymentach oraz seksualności.

    Elitom śniło się wymazywanie całej Amerykańskiej tradycji politycznej, na wieki wyrażonej w dysputach republikanina Lincolna z demokratą Douglasem, tradycji prawa naturalnego, suwerenności ludu i zastąpienia jej nieamerykańskim dyskursem, wykorzenieniem charakteru amerykańskiego i zwalczaniem amerykańskiej historii politycznej. Wszystko to elita czyniła na rzecz globalnego korporacjonizmu, w którym ład międzynarodowy zanika na rzecz władzy korporacji — bo bez suwerennych, samorządnych narodów nie jest możliwa polityka między narodami i tym samym ład międzynarodowy.

    Absurdalne okazały się zarzuty rasizmu wobec Pana Trumpa i jego zaplecza. Równie absurdalne są zarzuty ksenofobi czy nacjonalizmu pojętego zwykle w barwach faszystowskich.

    Jakim cudem można o ksenofobię pomawiać człowieka, który w swoim życiu objechał cały świat i prowadził wielkie interesy w najbardziej egzotycznych jego zakątkach? Człowieka urodzonego w najbardziej kosmopolitycznym mieście w Ameryce, którego żona właśnie zostanie pierwszą imigrantką —  Pierwszą Damą nie da się poważnie posądzać o ksenofobię.

    Powyższy zarzut jest równie fałszywy jak zarzut rasizmu. Jednak, gdyby niegodne elity głównego nurtu ograniczyły pomówienia do pana Trumpa, mogłyby wygrać.  Jednak wycelowały owe pomówienia w nas wszystkich, w Naród.

    Starania elity, trwające od wczesnych lat 90. znane są ogólnie jako poprawność polityczna. Celem poprawności politycznej nie jest wywyższenie wybranego aspektu idei Amerykańskiej nad inną jej część, lecz dąży do wygaszenia wolnej wymiany wszelkich idei — a wymiana ta jest istotą Wielkości Amerykańskiej. Poprawność polityczna rozrastała się niczym rak w organizmie amerykańskim, aż osiągnęłą szczyt w 2016 roku, gdy politycznie poprawne elity poprowadziły kampanię wyborczą, w której insynuowali, że połowa 320 milionowego kraju to rasiści.

    Partia Demokratyczna stanęła w tym roku wyborczym przed wyborem: albo mężczyzna, który był wcieleniem cnót Amerykańskiej tradycji postępowej, albo kobieta, która była wcieleniem wad elity. Gdyby pan Senator Sanders był kandydatem partii, zostałby wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych.

    Partia Lincolna niemalże podzieliła los demokratów, lecz zwykły wyborca republikański wyrwał swoja partię ze szponów elit. Tym samym, w 2016 roku partia republikańska stała się narzędziem powszechnego ruchu narodowego.

    My Naród, choć nie jesteśmy doskonali, nie jesteśmy rasistami, nie nienawidzimy homoseksualistów ani Latynosów. Widzimy współobywateli, klientów i sąsiadów tam, gdzie elita chciałaby, byśmy dostrzegali tylko rasę czy płeć.

    My Naród wypraszamy sobie elitę, roszczącą sobie prawo do pomawiania nas o rasizm i tak ustawiającą debatę publiczną, że naszą rolą jest tłumaczenie się z rasizmu. My Naród oczekujemy rządu skupionego na rzeczywistych problemach w kraju i zagranicą a nie ideologii marginesu lunatyków.

    W Ameryce i na świecie, gdzie bezrobocie i trudy z niego wynikające są tak boleśnie odczuwalne, jedynymi, o których można powiedzieć, że są niegodni to elity, które zamieniły nasze wybory w plebiscyt o rasizmie i ksenofobii.

    W Ameryce, w której rządom prawa zagraża masowa nielegalna imigracja, zjawisko, będące kpiną ze wszystkich fundamentalnych zasad zdrowej polityki, jedyni niegodni to elity, które, zamiast przedstawienia chociażby argumentów na rzecz zwiększenia kwot legalnej imigracji, bronią łamanie prawa — w efekcie bronią kryminalnej praktyki pirackiego przewozu ludzi przez granice.

    W Ameryce tonącej w wojnach zagranicznych, nie mających nic wspólnego z jej interesami, niszczącym prastare cywilizacje, jedyni niegodni to elity, dla których Amerykańska krew to tania cena dla zysków imperialnych oraz szerzenia ideologii.

    W Ameryce, której grozi terroryzm globalny, jedyni niegodni to elity, które uważają, że odległe narody chrześcijańskie są śmiertelnym zagrożeniem dla Ameryki, ale islamiści mieszkający na Zachodzie — już nie.

    My Naród mamy dość dziennej dawki poniżających nas mediów, według których jesteśmy nieukami bez kultury. Rzeczpospolita, która dba o to co swoje nie wymaga rzeszy prymasów znających nazwy wszystkich stolic świata, lecz potrzebuje obywateli znających się ze swoimi sąsiadami. Imperium Amerykańskie wymaga klasy myślicieli geopolitycznych oraz masy niewolników wojowników.

    Ameryki nie stworzono jednak po to, by była imperium, a jej mieszkańcy nie godzą się na los niewolników wojowników należących do kasty niegodnych pańskich elit. Inteligencja i kultura amerykańska objawiają się w trwałości amerykańskich instytucji społeczeństwa obywatelskiego, w amerykańskich samorządach, przedsiębiorstwach i innowacyjności.

    Zwolennicy Hillary Clinton podczas ogłoszenia wyników wyborów prezydenckich
    © Sputnik. Alexey Filippov
    Jednak niegodne elity,  które wplątały Naród w katastrofalne wojny i zawirowania gospodarcze, stale zarzucały temu Narodowi, iż jest mało wykształcony, mało inteligentny i prowincjonalny, podczas gdy oni — elity — są mądrzy i światowi. Całą swoją postawą elity okazały pogardę dla ludu, a w odpowiedzi lud poszedł na wybory, aby obalić elity.

    To, co miało miejsce,  to kolejna pokojowa rewolucja przy urnach,  która cechuje od czasu do czasu Stany Zjednoczone. Jest to rewolucja polityczna nie mniej ważna od tej z 1932 roku, kiedy to inny wielki prezydent doszedł do władzy. Donald Trump uosabia zwycięstwo muskularnego demokraryczno-populistycznego republikanizmu w połączeniu z trzeźwym realizmem.

    Wybór na Prezydenta autora książki „O Sztuce Układu" da Ameryce Nowy Układ, niczym ten z czasów Franklina Roosevelta. Jednak w przeciwieństwie do prezydenta Roosevelta, który zbudował współczesne Amerykańskie państwo liberalne  i prezydenta Reagana, który dokonał istotnych korekt wolnorynkowych w jego strukturze, prezydent Trump zbuduje coś zupełnie nowego, właściwego dla nowych czasów.

    Prezydent Trump zbuduje Amerykę, która jest istotnym czynnikiem wspólnoty gospodarki globalnej, lecz nie kosztem demokratycznej tożsamości, prawa konstytucyjnego, interesu narodowego oraz elementarnego poczucia sprawiedliwości.

    Tym samym prezydent Trump uczyni więcej na rzecz popularyzacji amerykańskich idei na całym świecie aniżeli rzesze ideologów niosących demokrację wojną. Jak świat szydzi z etyki imperialnej i małostkowej, tak podziwiał i podziwiać będzie wielkość republiki amerykańskiej.

    Jeśli prezydent Trump przywróci Ameryce dawną wielkość, przysłuży się całemu światu i stanie się przykładem inspirującym wszystkie narody, dążące do zbudowania własnej politycznej przyszłości.

    Autor jest członkiem Partii Demokratycznej, który głosował na prezydenta elekta Trumpa. Wersję w języku angielskim można przeczutać tu.

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Sondaż: amerykańskie media stronniczo relacjonowały wybory prezydenckie
    Clinton pogratulowała Trumpowi zwycięstwa
    Tagi:
    Donald Trump, Hillary Clinton, USA
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz