00:25 19 Lipiec 2018
Na żywo
    Włoski myśliwiec Eurofighter Typhoon w bazie lotniczej NATO na Litwie

    Urodzony, by pełzać, albo jak NATO chciało skoczyć wyżej głowy

    © AP Photo / Mindaugas Kulbis
    Świat
    Krótki link
    Michaił Szejnkman
    2371

    „Przyznajemy, że dziesięciolecia niezaprzeczalnych operacji powietrznych mogą się zakończyć” - czytamy w komunikacie służby prasowej Sojuszu. Uważali się za asów. A my zrzuciliśmy ich z nieba na ziemię.

    „Powietrza mi brak — piję wiatr, łykam mgłę… Czuję ze zgubnym entuzjazmem: padam, padam!”. Niech znają żołnierze NATO Najwyższego i niech będą uczciwi przynajmniej przed sobą, by wziąć te słowa jako motto do swojej nowej strategii Sił Powietrznych. Zresztą pierwszej w ciągu całego czasu istnienia Sojuszu. Przez prawie 70 lat jakoś się obchodzili, a tutaj masz: „chcę latać”. Na równi. Tak zapisali. „Po raz pierwszy od czasów zimnej wojny mogą powstać warunki, kiedy wyższość w powietrzu może zostać utracona”. Dlatego „Siły Powietrzne NATO muszą być w stanie bronić się przed każdym równym sobie przeciwnikiem”.

    To znaczy, że wcześniej nie byli zdolni? Czy nie widzieli równego przeciwnika? Ach, nie. Po prostu „zgrywali bohatera” tylko tam, gdzie nie było równego przeciwnika. Ale nie ma już takich miejsc na ziemi. Potem Rosja. Wokół niej wszystko się kręci, kręci się, kręci się, kręci się. Jak „te «Łady»… jak myślą, nie wiem”. I teraz wiedzą. Ogłosili swoje Siły Powietrzne „głównym składnikiem potencjału militarnego” i poinstruowali samych siebie o doprowadzeniu ich na nowy poziom gotowości bojowej.

    Nie żeby czegoś im brakowało. Wręcz przeciwnie. Skrzydeł jak u ważki. Więcej niż u całej reszty. Tylko oni zachowywali się jak ważka. I nie jeden rok, lecz wiele lat wierzyli, że tylko im wolno wszystko. W sensie zbombardować i stół, i dom. Ale nie zdążyli się obejrzeć, jak „Su” spojrzał im w oczy. A do tego system obrony powietrznej, ochrona radioelektroniczna, środki cybernetyczne. Wszystko to NATO dopiero teraz oficjalnie uznało za „zdolne do wpływania na operacje lotnicze Sojuszu”.

    Innymi słowy, to oni powinni nam podziękować, że poszli po rozum do głowy. A tam zestaw banałów. To, co nazwali „strategią”, to podręcznik dla pierwszego roku wojskowej szkoły lotniczej. „Prowadzić działania bojowe we wszystkich rejonach i warunkach, w tym w silnie chronionej przestrzeni”, być gotowym „na wszelkie możliwe ewentualności”, zobowiązać siły specjalne, morskie i cybernetyczne do „lepszego wsparcia lotnictwa wywiadem, naprowadzenia i zapewnienia danych po ataku”. Ale uważali się za asów. I zrzuciliśmy ich z nieba na ziemię.

    Jednak oni także tam nie mają żadnych warunków. Czołgom w Europie przeszkadzają drogi. Ale przynajmniej nie poddają się. A w powietrzu oprócz chmur są też Rosjanie. Piloci NATO zostali nauczeni, że są jedynymi wojownikami na niebie. Ale kilka lat twardych przechwyceń — i gdzieś to się zapodziało. „Przyznajemy, że dziesięciolecia niezaprzeczalnych operacji powietrznych mogą się zakończyć” — czytamy w komunikacie służby prasowej Sojuszu. Cóż, pamiętamy wszystkie te operacje. A ich ataki na syryjskie wioski także dzisiaj raz za razem odświeżają tę pamięć.

    Ale jeśli chodzi o walkę z tymi, którzy realnie, a nie w przenośni, mogą zrzucić na ziemię, to „przynajmniej trochę postoję na krawędzi”. Jeśli nie jest to celem ich strategii powietrznej, to jest to najbardziej odpowiedni dla niej epilog. To jest niebo bez granic. A możliwości mają swój pułap. Sami zaś zamiast szlachetnej koegzystencji woleli pełzającą ekspansję. A urodzony, by pełzać, nie skoczy wyżej głowy. Zwłaszcza, gdy jej nie ma…

    Poglądy autora mogą być niezgodne ze stanowiskiem redakcji.

    Zobacz również:

    Co chce powiedzieć NATO, mówiąc o złych drogach w Europie?
    Czego NATO potrzebuje od Polski i krajów bałtyckich?
    NATO nie zdąży na wojnę z Rosją przez biurokrację i złe drogi
    Los NATO pod znakiem zapytania?
    Tagi:
    NATO
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz