SPUTNIK POLSKA
Sama przez Czukotkę
Jak kobieta może przetrwać w dziczy
Autorka książki „Sama na krańcu świata" Marina Gałkina podróżuje samotnie po najdzikszych zakątkach planety. W rozmowie ze Sputnikiem opowiedziała o ekstremalnej wędrówce przez Czukotkę, a także o tym, jak przetrwać samotnie w dziczy, czego się bać w tundrze i jak się zachować, jeśli na drodze stanie agresywny niedźwiedź.

Na swoim koncie mam naukowe wyprawy do tundry Jamału, tajgi Ussuri, gór i pustyń Turkmenistanu, na niezamieszkane wyspy Morza Japońskiego.
A także wyprawy piesze, górskie i wodne do Karelii i na Półwysep Kolski, płaskowyż Putorana, Kaukaz, Ałtaj, Sajan, Ural, Kordyliery, Kamczatkę, Czukotkę, do Jakucji, Nowej Zelandii, narty w Chibinach i Łowoziorskich Tundrach, jazdę na łyżwach po jeziorze Bajkał.
W pojedynkę można odbyć bardziej spektakularne podróże niż w grupie.
W końcu partner musi być odpowiednio przygotowany pod względem fizycznym i psychologicznym. Spróbuj znaleźć kogoś takiego na trzy miesiące! Czy się boję? Ogólnie – nie, nie boję się. Co innego, że po drodze można spotkać np. agresywnego niedźwiedzia. Kiedy jest się bardzo zmęczonym lub coś boli, pojawiają się różne nieprzyjemne myśli. Ale to się rzadko zdarza.
Najbardziej lubię podróżować po Rosji. Właśnie tutaj jest najpiękniejsza, dzika, niesamowita przyroda.
Lubię przemierzać duże, niezamieszkane przestrzenie. W ciągu ostatnich trzech lat odbyłam trzy samodzielne wyprawy. Pokonałam Góry Wierchojańskie i Suntar-Chajata, a także Czukotkę.
Czukotka wiosną
W 1998 roku zrealizowałam mój stary pomysł – przejść Czukotkę z południa na północ i dotrzeć do Oceanu Arktycznego.
Zawsze pociągało mnie to ogromne morze polarne. Pozostał tam romantyzm i duch Związku Radzieckiego. Chciałam zobaczyć, jak żyją Czukcze. A co najważniejsze – poczuć piękno i przebiegłość urokliwej i surowej przyrody tego regionu.
Czukotka to niekończące się horyzonty i krajobrazy.
W ciągu dwóch i pół miesiąca podróży tylko trzy razy spotkałam pasterzy reniferów. Resztę czasu szłam zupełnie sama, noc spędzałam w namiocie. Aby przetrwać w tak dzikich warunkach, potrzebne jest doświadczenie i dobry, sprawdzony sprzętu.
Udało mi się dotknąć codzienności Czukczów, pasterzy reniferów, którzy mieszkają w jarangach.
Ma się wrażenie, że trafiasz do epoki kamienia łupanego. Przy czym są bardzo mili, sympatyczni, prości, gościnni, z dużym poczuciem humoru i zawsze gotowi do pomocy. Brałam udział w ich wyścigach psich zaprzęgów, polowaniu na wieloryby i morsy.
Renifery
Leciałam z Moskwy do Anadyr samolotem.
Na Limanie Anadyrskim zmontowałam kajak (ponton ramowy własnej roboty – przyp. red.) i popłynąłam. W niektórych miejscach ciągnęłam łódź na linie. Potem przeszłam przez góry i przełęcze, a następnie znowu płynęłam. A więc ponad tysiąc kilometrów. Podczas mojej drugiej podróży na Czukotkę miałam kolejny kajak o wadze trzech kilogramów. Można go było już nosić na sobie, a nie ciągnąć na linie.
Fizycznie niemożliwe jest zabranie ze sobą jedzenia na kilka miesięcy podróży.
Kasze, mleko w proszku, masło. Mój plecak, gdy wychodziłam z domu, ważył 35 kilogramów. Ale oprócz jedzenia był też sprzęt, dwa śpiwory, palnik, butle gazowe, spinning, sprzęt wędkarski i kajak. Oczywiście po drodze łowię ryby, ale czasami głoduje.
Pewnego razu siedząc przy ognisku na brzegu rzeki, około 60 metrów ode mnie, zobaczyłam niedźwiedzia.
Niedźwiedź przyszedł łowić ryby. Miałam szczęście, że bestia była gruba i leniwa. Słysząc uderzenia noża w kociołek (wiem z poprzednich wypraw, co robić, gdy niedźwiedź jest w pobliżu), wszedł do wody i przepłynął na drugi brzeg.
Spotkanie z niedźwiedzicą i dwoma młodymi nie było tak przyjemne, jak z samotnym samcem.
Z matką nie ma żartów. Dobrze, że miałam ze sobą granat typu flash-bang, dało mi to przynajmniej trochę pewności siebie. Ale najpierw zdecydowałam się schować za niewielkim krzakiem. Nie zdążyłam jeszcze rozbić namiotu, nie było żadnych szczególnych śladów mojej bytności. Pojawiła się iskierka nadziei, że drapieżniki przejdą obok. Nagle widzę, jak ruszyły w przeciwnym kierunku, aż podeszwy migały! Najwyraźniej wyczuły ludzki zapach.
Przylądek Dieżniowa, Czukotka
Ale najgorsze w tundrze nie jest spotkanie z niedźwiedziami, ale zła pogoda.
Lub gdy skończy ci się jedzenie i nie możesz łowić ryb. Naprawdę można umrzeć z głodu. Na szczęście nigdy mi się to nie przytrafiło. Gdy tylko kończyły mi się zapasy żywności, w cudowny sposób spotykałam czukockich pasterzy reniferów lub rybaków.
Mieszkańcy Czukotki: Maskonur zwyczajny
Mieszkańcy Czukotki: Świstak
Mieszkańcy Czukotki: Pływacz szary
Wyobraźcie sobie: jesteś sam od trzech tygodni, zostało mniej niż kilogram jedzenia, w nocy namiot jest zasypany śniegiem, lodowaty wiatr odbiera energię, a najbliższa osada znajduje się ponad 300 kilometrów! Trudno to wyrazić słowami.
Trzeba także rozumieć, że nie ma połączenia ze światem zewnętrznym.
Nie masz telefonu satelitarnego: polegasz tylko na sobie. Ale są też plusy – to bardzo mobilizujące, bo rozumiesz, że nie ma miejsca na błędy.
W 2018 roku spełniło się kolejne moje marzenie – przejść Czukotkę z zachodu na wschód i dotrzeć do Przylądka Dieżniowa.
Wyprawa trwała trzy miesiące: 1,8 tys. kilometrów, z czego tylko 400 autostopem, resztę – pieszo i spływem.
Niesamowicie piękne, różnorodne krajobrazy górskiej tundry, horyzont sięga bardzo, bardzo daleko.
Klimat jest surowy, z silnymi wiatrami, śnieg może tam spaść nawet latem. Ale najważniejsze jest to, że na Czukotce zachował się duch pionierów geologów i romantyzm. To dla mnie wielka przyjemność. Właśnie tam czuję prawdziwe życie!
Tajga wiosną
Na trasie dużo nagrywam. I staram się tworzyć efekt obecności.
Chcę, aby widzowie moich filmów mogli przejść ze mną wszystkie trudy podróży, cieszyć się jej pięknem. Zależy mi na pokazaniu piękna rosyjskiej przyrody, pokonywania trudności, zwycięstwa i hartu ducha.