Na żywo
    Ale nie powinniśmy zapominać, że właśnie ten kraj – ZSRR – i wszystkie jego narody poniosły największe straty w walce z nazizmem.

    Prezydent Gdańska: Nie można kłamać o stratach ZSRR w walce z nazizmem

    © Sputnik. Alpert
    Światowa prasa
    Krótki link
    141227645

    Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz uważa, że Polacy i Rosjanie muszą się komunikować, wbrew wszystkiemu.

    Wywiad Ariadny Rokosowskiej z Pawłem Adamowiczem dla dziennika „Rossijskaja Gazieta”.

    Właśnie prezydent Gdańska w latach 90. ubiegłego wieku zaprowadził tradycję składania każdego roku w dzień wyzwolenia Gdańska spod niemieckiej okupacji kwiatów pod pomnikiem żołnierzy radzieckich poległych w walkach w marcu 1945 roku. Każdy, kto choć trochę orientuje się w aktualnej sytuacji politycznej w Polsce, wie, że Adamowicz płynie pod prąd. Ale prezydent Gdańska należy do tych nielicznych polityków, którzy myślą o przyszłości.

    — Minął niemal rok od „tymczasowego zawieszenia” umowy o małym ruchu granicznym z obwodem kaliningradzkim, która pozwalała Polakom i Rosjanom zamieszkującym obszary przygraniczne na przekraczanie granicy na podstawie specjalnego zezwolenia wydawanego w ramach uproszczonej procedury. Jaki wpływ miała ta decyzja na napływ turystów z Rosji?

    — To, że strona polska zawiesiła mały ruch graniczny z obwodem kaliningradzkim jest skandaliczne. Bardzo mocno sprzeciwialiśmy się temu w Gdańsku. Moim zdaniem jest to złe posunięcie obecnych władz. Godzi ono w interesy ekonomiczne miast polskich województw pomorskiego i warmińsko-mazurskiego, w lokalnych przedsiębiorców, którzy zajmują się handlem, gastronomią, biznesem restauracyjnym i hotelarstwem. Ponadto nie jest to zbyt mądra decyzja w długookresowej perspektywie, bo niezależnie od tego, jak kształtują się relacje międzyrządowe, nasze społeczeństwa i narody powinny się spotykać, komunikować.

    Sam byłem świadkiem, jak Rosjanie z obwodu kaliningradzkiego masowo poznawali nasze miasto. Czasami pomagałem z tłumaczeniem w restauracjach i innych miejscach.

    Wielokrotnie mówiłem i jestem gotów dziś powtórzyć: dawało to możliwość na dużą skalę spontanicznych spotkań Rosjan i Polaków.

    A przecież szanse na dialog i ograniczenie ilości stereotypów o sobie wzajemnie są tylko wtedy, gdy ludzie spotykają się i rozmawiają twarzą w twarz. Dlatego nie była to zbyt mądra decyzja, hamująca naturalny dialog, który powinien mieć miejsce między sąsiadami w XXI wieku. Tłumaczy się to kwestiami bezpieczeństwa, co jest niepoważne i taki punkt widzenia podziela większość władz polskich miast.

    Mam nadzieję, że w przyszłości mały ruch graniczny zostanie przywrócony. W województwach, o których wspomniałem, było to szeroko omawiane, w wielu miastach lokalne władze składały oświadczenia. Wszyscy, m.in. prorządowi lokalni politycy, zobaczyli w tym, co się stało jedynie niezrozumiałe gry polityczne. Ale Rosjanie nadal do nas przyjeżdżają, choć jest ich oczywiście mniej niż wcześniej. Nie tylko dlatego, że zawieszono mały ruch graniczny, ale i ze względów ekonomicznych. Ostatnio rośnie kurs rubla, ale jeszcze rok temu był zbyt słaby w stosunku do złotego i takie wyjazdy nie opłacały się.

    — Nie jest tajemnicą, że Polska oficjalnie odmówiła przyjęcia uchodźców. Tymczasem Pan nie tylko zaprasza ich do siebie, ale i, jeśli wierzyć prasie, powołano do życia radę migrantów przy administracji miejskiej. Dlaczego płynie Pan pod prąd?

    — Dwa lata temu rozpoczęliśmy prace nad gdańskim modelem integracji imigrantów. Można powiedzieć, że była to inicjatywa oddolna, pochodząca od urzędników miejskich, którzy we współpracy z organizacjami społecznymi i ekspertami, a także z samymi migrantami spotykali się na specjalnych seminariach poświęconych kwestii, jak najlepiej integrować przybyszów w naszym społeczeństwie w Gdańsku. Powstał oficjalny dokument zatwierdzony przez radę miejską i wspierany przez naszego katolickiego  arcybiskupa Leszka Głodzia.

    W taki sposób Gdańsk został pierwszym polskim miastem, które zatwierdziło lokalny plan integracji migrantów. Po raz pierwszy ten temat został podniesiony na oficjalnym szczeblu, co oznacza, że nie jest to tymczasowe zjawisko, a stałe — Gdańsk staje się również miastem migrantów. A osoby, które aktywnie uczestniczą w projektach na moją prośbę powołały do życia radę, która analizuje wszystkie inicjatywy miejskie dotyczące ich w jakiś sposób.

    Akcja „Nieśmiertelny Pułk w Moskwie
    © Sputnik. Władimir Astapkowicz
    Rada składa się z przedstawicieli różnych krajów – od Białorusi, poprzez Kolumbię, Niemcy po Tunezję. W Polsce jest to bezprecedensowe zjawisko. Ale jest to konieczne, bo w naszym kraju od 20 lat spada liczba urodzeń, Polacy wyjeżdżają na Zachód, do Niemiec, Wielkiej Brytanii i innych krajów. Już teraz brakuje nam rąk do pracy w różnych zawodach. I, biorąc pod uwagę piramidę demograficzną w Gdańsku, a także w innych polskich miastach, można prognozować, że w  ciągu najbliższych dziesięcioleci ta sytuacja nie ulegnie poprawie.

    Polacy są jednorodnym narodem zarówno pod względem narodowym, jak i religijnym. Musimy pogodzić się z tym, że ten model stopniowo odchodzi do przeszłości – w miarę upływu czasu będziemy coraz bardziej zróżnicowani. Zadaniem władz miasta, mediów i całego społeczeństwa jest przygotowanie się na przyjęcie tej różnorodności, nabycie umiejętności współżycia międzykulturowego, aby Polacy nie dziwili się, gdy zobaczą ludzi o innym kolorze skóry lub usłyszą inny język. Przez najbliższe dziesięciolecia, a być może już na zawsze, Gdańsk będzie miastem migrantów i powinniśmy być na to przygotowani psychicznie i mentalnie. Właśnie do tego dążę.

    Drogi Zwycięstwa 2017
    © Fotografie od blogera Piotr Radtke
    — Nie boi się Pan, że Gdańsk będzie w tym osamotniony?

    — W Średniowieczu mówiło się: powietrze miejskie czyni wolnym. W ogóle miasto zawsze było bardziej otwarte, wolne niż wieś. Raczej nic się pod tym względem nie zmieniło. A polska dusza, jak mi się wydaje, jest rozdarta pomiędzy Wschodem a Zachodem. Zawsze powinniśmy dążyć do mądrej równowagi, która opiera się na jedności w pluralizmie. Musimy czerpać z pozytywnego dziedzictwa naszych przodków. Na przykład, Polak nie koniecznie musi być katolikiem. Może być protestantem, prawosławnym, mieć wątpliwości albo w ogóle nie wierzyć w Boga. To, co teraz się z nami dzieje, przypomina konwulsje, ale wierzę, że wśród Polaków zwycięży otwartość i pluralizm, zrozumienie, że różnorodność jest przyszłością Europy. W końcu jeśli przyjrzymy się mapie świata, widać, że nasz kontynent jest oazą dobrobytu. Nie powinno dziwić, że zalewają go ludzie z innych kontynentów. Wszyscy mają prawo do szczęścia. Stoimy przed dylematem: Europa nie pomieści wszystkich, ale nie możemy się też otaczać murem. Dlatego jest to wyzwanie dla nas wszystkich, m.in. dla Rosji. Moim zdaniem w przyszłości może to nas do siebie zbliżyć.

    — Mówi się, że polityczni oponenci krytykują Pana za to, że każdego roku organizuje Pan uroczyste obchody tzw. „powrotu Gdańska do Ojczyzny”.

    — Wprowadziłem tradycję świętowania powrotu Gdańska do Ojczyzny i składania tego dnia kwiatów na cmentarzu, na których spoczywają żołnierze radzieccy, w 1995 roku. A ci, co mnie krytykują, nie rozumieją, że ofiara jest ofiarą i należy czcić jej pamięć. Pamiętam, jak po raz pierwszy przyjechałem do Leningradu i w pierwszej kolejności zawieziono mnie do Wiecznego Ognia, płonącego na znak pamięci o tych, co zginęli podczas wojny. Nie zrozumiałem wówczas tej postawy. Wydawało mi się, że po tylu latach to przesada. Jednak gdy zaczęłam czytać, jaka tragedia się tam rozegrała, zrozumiałem, że byłoby bardzo źle, gdyby mieszkańcy Petersburga nie czcili pamięci setek tysięcy ofiar głodu w trakcie blokady. Nie zagłębiam się w wasze wewnętrzne spory, czy należało poddać miasto. Jednak jest to straszna rana, która się nie goi, i ja to rozumiem. Podobnie jest z Gdańskiem. Żołnierze radzieccy mścili się na Niemcach w każdym większym niemieckim mieście. Z powodu grabieży i gwałtów cierpiała też ludność cywilna. To fakt. Wiadomo, że wszystko zależało od dowódców – jedni pozwalali na to, inni nie. To konsekwencje wojny i o tym należy, a nawet trzeba rozmawiać. Rosjanie nie powinni się z tego powodu obrażać. Ale powinniśmy o tym mówić w taki sposób, aby nie okazało się, że Rosjanie nie ginęli tutaj, a gwałcili. Byłoby to manipulowanie faktami. Dlatego staram się wyjaśnić moim oponentom, że ci, którzy zostali tu pochowani, na pewno nie mogli zrobić nic złego, bo zginęli. I choć składam kwiaty na cmentarzu od 1995 roku, dopiero od kilku lat powoduje to negatywną reakcję. Tymczasem mnie niektórzy prorządowi politycy i działacze społeczni zaczęli nazywać „rosyjskim elementem”. Świadczy to o tym, jak zmienia się opinia publiczna w Polsce, jak manipulują faktami dziennikarze i politycy. Ale mogą mieć też pozytywny wpływ, co udowodnił zmarły niedawno Andrzej Wajda, który kilka lat temu wystąpił ze wspaniałą inicjatywą niesienia zniczy na groby czerwonoarmistów. Podzielam opinię wyrażoną jakiś czas temu przez Donalda Tuska: „Żołnierz radziecki nie mógł przynieść nam wolności, bowiem sam nie był wolny”. Ale nie powinniśmy zapominać, że właśnie ten kraj – ZSRR – i wszystkie jego narody poniosły największe straty w walce z nazizmem. Nie można kłamać i udawać, że tak nie było.

    Zobacz również:

    Ambasador Jan Piekło w swoim repertuarze
    Ile pieniędzy potrzebują Ukraińcy, aby wjechać do UE?
    Ruszyła 8. edycja Warszawskich Targów Książki. Rosji na nich nie zabrakło
    Tagi:
    II wojna światowa, Paweł Adamowicz, Gdańsk, ZSRR, Rosja, Polska
    Standardy społecznościDyskusja
    Komentarz przez FacebookKomentarz przez Sputnik
    • Komentarz